Czytasz wiadomości znalezione dla frazy: Projekt domu Krab
|
| Wiadomość |
DATA ŚLUBU - ŚLUBY W 2009roku
|
Magdaberbec my też kiedyś marzyliśmy o drewnianym domku, ale jak zrobiła rozeznanie, to mi wyszło, że za te pieniądze, co byśmy włożyli w taki domek, wyszłyby prawie dwa murowane. A teraz materiały budowlane trochę staniały, więc korzystamy. Botica fajny domek. Taki nie za duży, z garażem, my też myślimy właśnie o takim. Ale projektów jest wiele, a na nic konkretnego jeszcze się nie zdecydowaliśmy. Obecnie jest to ten projekt http://www.archeton.pl/projekt/krab-38-377-opisogolnyl-fea0324d99c3047cec11bb8f899d5569 A do niedawna był jeszcze ten. http://www.archeton.pl/projekt/Kolibamala-763-837-opisogolny-4bc758f24afb367ff29baa8a0bba1573 Podobał się nam, ale jednak trochę za duży jak dla nas. Na razie działka jest w trakcie dzielenia i przeprowadzania. Ale materiały już kupione, tak jak pisałam. Póki taniej. Na wiosnę pewnie coś ruszy. A tak na marginesie, to może stworzymy nowy temat dotyczący domków, żeby nie zakłócać innych tematów na forum |
pomysl z tematem dobry My mamy dwa pietra.Salon i kuchnia na dole.Z kuchni wyjscie na ogrod na tylach.Na gorze 3 sypialnie i lazienka.Mamy jeszcze strych przemianowany na fajne poddasze w ktorym Andy trzyma swoje gitary i inne duperelki.Jak zrobie zdjecia to wstawie ale jakos mi do glowy nie przyszlo robienie zdjec wlasnego domu
|
| |
|
|
Marek Górnisiewicz - rysownik komiksowy (1959-2006)
|
Marek Górnisiewicz (ur. 1959 w Gda ąsku), polski grafik i rysownik komiksowy, absolwent Pa ąstwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni-Orłowie.
Styl jego rysunków ł ączył elementy realizmu i groteski.
Zadebiutował w pierwszej połowie lat 80. czarno-białym komiksem "Fantazja na fujarkę" (do scenariusza Jerzego Szyłaka), drukowanym w formie pasków w tygodniku "Wiadomo ści Elbl ąskie".
Potem Szyłak i Górnisiewicz zaczęli pracę nad barwnym komiksem "Kula ludu Xizz", będ ącym prequelem Fantazji. Pierwsze plansze wysłali do harcersko-młodzieżowej gazety " Świat Młodych". Oficjalna odpowied ź redakcji brzmiała, iż "komiks jest odrażaj ący" (formuła groteski) i "nie spełnia celów społeczno-wychowawczych" (satyryczna fabuła). Nie udało się też zainteresowa Ś wspólnymi projektami gda ąskiego oddziału KAW; głównym kontrargumentem było stwierdzenie redaktora, iż "rysunki s ą ciekawe, ale nikt tak dot ąd nie rysował, za ś on ryzykowa Ś nie będzie".
Dopiero 64-planszowy barwny komiks według "Odysei" (także scenariusz Szyłaka) został przyjęty do druku przez Wydawnictwo Morskie; niestety - jego bankructwo zniweczyło wydanie tego albumu. Górnisiewicz opublikował w jednym z numerów komiksowego magazynu "Fan" komiks "Dom przy Canterville Street" (będ ący parafraz ą utworu Oscara Wilde'a dokonan ą przez Jana Platę-Przechlewskiego).
Potem, zniechęcony do współpracy ze środowiskiem komiksowym, nawi ązał kontakt z anarchistycznym periodykiem "Mat' Pariadka", gdzie zamieszczał satyryczne rysunki i krótkie komiksy.
Był też autorem okładek ksi ążkowych do "Zewu krabów" Guya N. Smitha (wyd. Fantom Press International) i "Króla Bezmiarów" Feliksa W. Kresa (I wydanie tej powie ści, wyd. Aurora) - z pocz ątku lat 90.
Od połowy lat 90. nie zajmował się już twórczo ści ą artystyczn ą.
Zmarł na pocz ątku lata 2006.
/wg: wikipedia.pl/
|
projekt piwnicy pod dom szkieltowy
| |
Pytanie do Pana Nitki, czy zna Pan jakiegos sprawdzonego architekta z Gdańska, ktory zaprojektowałby piwnice pod dom szkieltowy ? Podoba nam sie "krab" w ale jest malutki i bez poiwnicy sie nie obejdziemy ...
|
Posiadłość Alberta
|
Sprawa, która mnie zawsze zastanawiała (i napewno nie tylko mnie), to co krab robi w nocy. Dlatego zrobiłem oświetlenie nocne Nie chciałem płacić 15 zł na Allegro za coś, co sam mogę zrobić kilkakrotnie taniej. Chcę przedstawić mój projekt oświetlenia nocnego (wraz z kosztorysem): Zacząłem od tego, że poszedłem do sklepu elektronicznego i zaopatrzyłem się w następujące rzeczy: ------------------------------------------------ gniazdko na kabel (takie na mały jack) ewentualnie 2 baterie 'palsuzki'; kabel dwużyłowy 2m.; diody świecące niebieskie 4 szt; rurka termokurczliwa 1szt.; ------------------------------------------------ Obyło się bez lutowania i wszystkich rzeczy, które mogłyby sprawiać jakiekolwiek problemy.
Zaczynamy budowę oświetlenia nocnego: Najpierw oprawiłem gniazdko na kabel. Gniazdko łatwo rozkręca się i tam zakłada kabel. Prosta sprawa.

Następnie zabrałem się za wymierzanie długości poszczególnych kabli dla każdej diody. Odległości trzeba ustalić indywidualnie. Ja mam co około 5 cm. Po wymierzeniu i przycięciu kabla trzeba oprawić diody. W tym celu obcinamy izolację z jednej zyły kabla i nakładamy na nią izolację termokurczliwą. Zawijamy kabel na styk(drucik) diody i nasuwamy izolację. Chwilę podgrzewamy zapałkami, zapalniczką. To samo robimy z drugim drucikiem. Analogicznie postępujemy z resztą doid. A efekt wygląda tak:
 Dla ułatwienia manipulacji kablami posklejałem je izolacją.
Następnie skręcamy poszczególne kable w jeden (pamiętając, że plus do plusa, minus do minusa. Dla ułatwienia na jednej żyle kabla jest czerwony pasek).

astępnie sprawdzamy czy wszystko działa: w tym celu przykładamy do baterii (w opcji z bateriami) lub przyłączamy kable do kabla z wtyczką podłączoną do zasilacza (pamiętajmy o tym, że dioda przeznaczona jest do napięcia 3V, czyli albo dwie baterie połączone szeregowo, albo musimy mieć zasilacz z możliwością regulacji na 3V. Wyższe napięcie spali diody)
Jeśli wszystko działa, to wygląda to tak:
 lub bez flesza:

Teraz, keidy wszystko działa możemy na stałe połączyć obie części- kabel z gniazdkiem i kabel, na którym wiszą nadsze diody. To chyba wiadomo jak zrobić Wszystko izolujemy taśmą izolacyjną.
I jak już wszystko połączyliśmy sprawdzamy jeszcze raz. Jeśli diody palą się równo, to znaczy, że jest ok. Jeśli mrygają, to musimy poprawić łączenie obu kabli.
Nie pozostaje nam nic innego jak tylko przykleić nasze oświetlenie w akwarium i skierować diody tak, by jaknajpełniej oświetliły całe akwa.
Efekt końcowy wygląda tak: Niestety zdjęcie zrobione w dzień. Jak tylko zgaśnie słońce, to przedstawię fotkę jak wygląda w nocy.

A teraz obiecywany kosztorys: ----------------------------------- gniazdko: 1,4 zł; kabel 2m: 1 zł; (po 0,5 zł/m) diody 4szt: 3,6 (po 0,9 zł/szt) izolacja termokurczliwa: 0,8 zł. taśma izolacyjna (ja miałem w domu): 2 zł =8,8zł.
Czyli kilka złotych mniej niż na Allegro (bez kosztów wysyłki), za które możemy kupić coś dla naszego krabiszona 
W nocy bardzo fajnie się sprawdza takie oświetlenie. Wiem, bo pierwotna wersja tego urządzenia u mnie składała się z jednej większej diody (była za duża trochę) i zasilana była bateriami.
Mając do dyspozycji 4 diody (lub więcej) możemy oświetlić w miarę równomiernie całe akwa, lub wybrać kilka punktów, które mają być oświetlone mocniej. Np. miejsce, w którym dajemy krabowi jeść. Oczywiście światło widać w całym akwa, dlatego gdzie Albert by nie siedział, to będę go widział. Zdjęcie niestety tego nie pokazuje tak dokładnie jak wygląda w realu.
Wykonianie całości zajęło mi godzinę dwadzieścia minut. Jak się podoba?
|
| |
|
|
Czytanie ze zrozumieniem + pytania na jutro!
|
Niedawno ukazał się po polsku, napisany przez Brytyjkę Geraldine Mc Caughrean, dalszy ciąg przygód Piotrusia Pana. Kontynuacja jest udana i stanowi wyjątek w trwającym od dawna systematycznym masakrowaniu najsłynniejszych bohaterów dziecięcej wyobraźni.
W filmie „Shrek” jest taka zabawna, ale i symboliczna scena: żądny władzy książę zgarnia w niewolę legendarne postaci z bajek, a tym, którzy je dostarczą, wypłaca stosowną nagrodę. Gdyby przyjąć, że karłowaty i zakompleksiony władca jest personifikacją masowej kultury, to ów obraz byłby trafną ilustracją tego, co dzieje się w realnym świecie. Albowiem to właśnie bezbronne, acz słynne bajkowe postaci najczęściej stają się ofiarami rozrywkowego biznesu. A ponieważ oryginały już się opatrzyły, to najlepiej zrobić im lifting. Na przykład Puchatkowi.
Książka z przygodami Puchatka ukazała się w 1926 r., zaś jej ciąg dalszy („Chatka Puchatka”) – dwa lata później. I choć niemal od początku obie zdobyły sporą popularność, to przez kulturę masową zaanektowane zostały stosunkowo późno. Pierwszy film o leśnych przyjaciołach małego Krzysia wyprodukował Disney (ma pełnię praw do wizerunków bohaterów powieści) dopiero w 1966 r. Później jednak maszyna rozkręciła się bardzo szybko. Przez ostatnie 40 lat na ekrany kin trafiło 13 animowanych filmów pełnometrażowych, zaś w ciągu ostatnich 23 lat, dodatkowo, ponad 200 odcinków telewizyjnego serialu z Puchatkiem w roli głównej. Bohaterom pozwolono zachować jedynie wygląd oraz podstawowe rysy charakteru (lękliwy Prosiaczek, depresyjny Kłapołuchy), reszta jest już tylko wytworem nieskrępowanej, płytkiej wyobraźni scenarzystów-wyrobników. To jednak nie koniec. W tym roku na ekrany wejdzie kolejny film, w którym Krzysia zastąpi... rudowłosa dziewczynka. Tylko czekać, aż w kolejnych przedsięwzięciach Disneya samego Kubusia zastąpi koala, a Prosiaczka – malutki dzik.
W zarzynanie misia i jego przyjaciół włączyły się także wydawnictwa. Tylko w polskich księgarniach można kupić blisko 200 tytułów z opowieściami o Puchatku. I nie są to wcale konkurujące ze sobą tłumaczeniami czy ilustracjami oryginały, ale swobodne wariacje na temat, sygnowane przez wydawnictwo Egmont. Niedźwiadek wyrósł w nich na bardzo rezolutne zwierzątko, które bawi, ale i uczy dzieci niemal wszystkiego, od czytania i liczenia, przez mycie zębów i robienie porządków, po wierszyki na Dzień Matki. Oficyna prowadzi nawet Klub Kubusia Puchatka. I gdy na jego internetowych stronach triumfalnie pyta: „Czy wiesz, że książki z Klubu ma w swych domach już 185 tysięcy polskich dzieci?”, to brzmi to jak fragment mowy pogrzebowej nad grobem misia o bardzo małym rozumku.
Nawiasem mówiąc Puchatek już dawno wywędrował z dziecięcej literatury. W 1982 r. Benjamin Hoff, posiłkując się cytatami z książki, napisał popularny przewodnik po taoizmie („Tao Puchatka”), zaś 10 lat później ciąg dalszy – „Te Prosiaczka”. Obie książki odniosły duży sukces rynkowy, a zachęceni okazją do łatwego wzbogacenia się na misiu inni autorzy rychło poszli w jego ślady. W ciągu kilku lat nastąpił więc prawdziwy wysyp poradników i podręczników, którym patronował miłośnik miodu. „Kubuś Puchatek i filozofowie”, „Kubuś Puchatek i nauki tajemne” i „Czy Puchatek jest dobrym muzułmaninem” J.T. Williamsa, „Szkoła menedżerów Kubusia Puchatka” R.E. Allena, a nawet „Puchatek postmodernistyczny” F. Crews’a.
Nie wiem, jak w innych krajach, ale w Polsce sympatyczny miś masakrowany jest także w ramach spontanicznej, oddolnej inicjatywy. Nie wspomnę już o dziesiątkach, a może i setkach, krążących po kraju dowcipów, w których ujawnia on swoje, czasami bardzo zaskakujące oblicze. W Internecie spotkać go można na przykład w krótkim filmie (fragment oryginalnej produkcji Disneya), w którym jako dubbingu użyto – bardzo zresztą sprawnie i zabawnie – autentycznych wypowiedzi znanych polityków. Kubusiem jest więc Jarosław Kaczyński, Prosiaczkiem – Andrzej Lepper, zaś Tygryskiem – Roman Giertych. W wirtualnym świecie krąży też obszerna (bardzo się napracował anonimowy autor) wersja Puchatka dla dorosłych, w której nie brak libacji, ostrego seksu, przemocy i lejącej się hektolitrami krwi. I pomyśleć, że przed 20 laty Polacy emocjonowali się nowym tłumaczeniem powieści Milne’a, autorstwa Moniki Adamczyk-Grabowskiej, w której główny bohater przybrał imię Fredzia Phi-Phi i okazał się dziewczynką.
Na drugim miejscu na liście zmutowanych bohaterów umieścić wypada postaci z tradycyjnych bajek Charlesa Perrault, braci Grimm czy Hansa Christiana Andersena. Manipulowanie nimi przez współczesną kulturę ma trzy źródła. Pierwszym są względy psychologii dziecięcej, które każą unikać – powszechnych w dawnych wersjach – scen drastycznych. Zgodnie z tym trendem (w filmach i książkach) Czerwony Kapturek, Dziewczynka z zapałkami, Ołowiany Żołnierzyk, a nawet zła macocha Królewny Śnieżki regularnie unikają w finałowych scenach śmierci, zaś Mała Syrenka kończy swą przygodę nie w morzu, lecz poślubiając ukochanego Księcia.
Po drugie – powszechna w dobie obrazkowej skłonność do skracania, upraszczania, serwowania dzieciom już nie bajek, lecz ich mniej lub bardziej zgrabnych streszczeń. Wypadają więc co dłuższe opisy, dialogi i epizody. Wyniki niekiedy bywają zdumiewające, jak w przypadku wydawnictwa Wilga, które „Czerwonego Kapturka” skondensowało do 13 zdań, i oficyny Siedmioróg, która wypuściła na rynek „Pinokia” liczącego sobie 20 zdań.
Po trzecie wreszcie – wymogi biznesowe, które z popularnych postaci wyciskają ostatnie soki (czytaj: pieniądze). Dzieci pokochały Małą Syrenkę? Nie ma sprawy. Mogą śledzić z zapartym tchem dalsze jej przygody w filmach „Powrót do morza”, „Grom” czy „Opowieść o orce”, a nawet poznać jej nowych przyjaciół, o których Andersenowi nawet się nie śniło: kraba Sebastiana czy rybkę Flawiusza. Papier i taśma filmowa są cierpliwe, zniosą największą bzdurę.
Ulepszaczom nie wystarcza już dopisywanie ciągów dalszych, skracanie i poprawianie. Coraz sprawniej żonglują bajkowymi postaciami odrzucając choćby pozory zgodności z oryginałem. Osobliwymi osiągnięciami w tym zakresie pochwalić się może kinematografia. W 1997 r. nakręcono „Śnieżkę w ciemnym lesie”, czyli przygody sympatycznej dziewczynki w konwencji gotyckiego horroru. Rok później w filmie „Długo i szczęśliwie” w losy Kopciuszka wpleciono postacie królów Francji i Hiszpanii, a nawet Leonarda da Vinci i braci Grimm. Ale prawdziwy festiwal masakrowania bajek rozpoczął się w ostatnich latach. „Pinokio” (2004 r.) jest żyjącym w przyszłości robotem. „Jasiowi i Małgosi” (2002 r.) zafundowano tyle niezwykłych przygód w lesie, że zabrakło w nich miejsca na klasyczną Babę Jagę i domek z piernika. W tym samym roku wspólnymi losami połączono Tomcia Palucha i – historycznie młodszą od niego o ponad 200 lat – Calineczkę.
„Prawdziwa historia Czerwonego Kapturka” sprzed dwu lat to już prawdziwa feeria szalonych pomysłów: Wilk jest reporterem, Drwal – niespełnionym aktorem, Babcia – miłośniczką sportów ekstremalnych. Ta współczesna wersja opowieści o dziewczynce wędrującej przez las z koszyczkiem łakoci, choć mocno przerobiona, jest naprawdę zabawna. Nie można powiedzieć tego samego o późniejszej o rok wizji losów Królewny Śnieżki w niemieckim filmie „Siedmiu krasnoludków – prawdziwa historia”. To już tylko żenująca próba podpierania się legendarną bajką, z prawdziwie bawarskim, pełnym erotycznych podtekstów poczuciem humoru.
Muminki, Alicja z krainy czarów, Mały Książę, Piotruś Pan – na szczęście ciągle żyje w zbiorowej wyobraźni grupa ważnych dziecięcych bohaterów, którym, jak na razie, udało się uciec spod skalpela masowej kultury.
Sympatycznym fińskim trollom z powieści Tove Janssona najbardziej mógł zagrozić tasiemcowy (104 odcinki) serial animowany produkcji japońskiej („Moomins” z 1990 r.), ale producenci podeszli do oryginału ze sporym szacunkiem. Podobnie jak twórcy realizowanej w Polsce w łódzkim Semaforze (1977–82) 78-odcinkowej serii, uważanej zresztą przez wielu fanów za najlepszą adaptację powieści. Na szczęście Muminki nie wymagają liftingu; są ciekawe same w sobie, a oryginalnych dziewięć tomów ich przygód zapewnia sporo scenariuszowego materiału.
Znacznie gorzej było z utrzymaniem dziewictwa Alicji z krainy czarów, jej postać przeniknęła bowiem do gier komputerowych. Kinematografia natomiast często (pierwsza próba już w 1901 r.!), ale na szczęście dość wiernie, starała się odtworzyć losy dziewczynki. Z jednym chyba wyjątkiem polskiej produkcji z 1990 r. Debiutujący wówczas jako reżyser Jacek Bromski wraz z Jerzym Gruzą dość obcesowo potraktowali Alicję, która próbuje popełnić samobójstwo, a zakochany w niej Biały Królik bierze nogi za pas. Aha, są jeszcze gangsterzy, którzy na polecenie Królowej Kier próbują sprzątnąć Królika. Trudno się dziwić, że film pokazywany był w 2002 r. w ramach przeglądu najgorszych polskich filmów. A skoro o rodzimych osiągnięciach mowa, wypada jeszcze wspomnieć oficynę Jarmołowicz, która wydała przygody Alicji skrócone do 138 wersów, wydawnictwo Delta, które upchnęło je na 16 stronach (w ramach serii „Krótko i ciekawie” – co do pierwszego członu nie można mieć zastrzeżeń), oraz Egmont, które reklamuje książkę jako „Piękną, klasyczną baśń Disneya” (!). Na szczęście na rynku funkcjonują też bardzo dobre przekłady Słomczyńskiego, Stillera i Marianowicza i w nich oraz w rozsądku rodziców należy pokładać nadzieję.
Przyzwolenie na kaleczenie klasycznych bohaterów dziecięcej literatury płynęło i płynie z kilku źródeł. Po pierwsze, z upowszechnienia się kultury masowej. Clement Greenberg w artykule „Awangarda i kicz” pisał: „Niezbędnym warunkiem istnienia kiczu (w tym przypadku utożsamianego z kulturą masową – P.S.) jest dostęp do wyższej, w pełni dojrzałej kulturalnej tradycji, której odkrycia, osiągnięcia i samowiedzę potrafi wykorzystać do swoich celów”. Jeżeli nawet trudno Pinokia czy Puchatka zaliczyć do kultury wyższej, to z pewnością stanowią elementy tradycyjnego, sprawdzonego i trzymającego najwyższe standardy jakości, kanonu kulturowego.
Przyzwolenie płynęło też z upowszechnienia idei postmodernizmu, traktującego cały dorobek kultury, w tym także (a dlaczegóż by nie) literaturę dziecięcą, jak magazyn dostępnych motywów, z których nie tylko można w dowolny sposób czerpać, ale i manipulować, przerabiać, modyfikować. Zadziałały tu także, wdzierające się wszędzie, prawa rynku. A te uczą, że znacznie pewniejszym sposobem na szybki i łatwy zysk jest handlowanie sprawdzonym towarem, na który jest już duży popyt, aniżeli wprowadzanie nowych produktów. I wreszcie dawną rolę słowa pisanego przejął film. Dziś tylko on może z powodzeniem wylansować idola dla maluchów i z tej szansy skwapliwie korzysta. Do czasu, gdy jakieś nowe, może jeszcze nie wymyślone przez człowieka, medium zacznie szlachtować Shreka i Teletubisie.
Najbardziej niezłomny wydaje się Mały Książę. Filmowano go parokrotnie, bardzo często adaptowano na potrzeby teatru – na ogół z dużym szacunkiem dla oryginału. Natomiast nie obronił się przed literatami, którzy uparli się dopisywać jego dalsze losy. Najbardziej znana z tych prób to książka „Mały Książę odnaleziony” Jean-Pierre’a Davidtsa, w której Książę spotyka przybysza z odległej planety, tym razem na bezludnej wyspie. W Polsce wydarzenia, które nastąpiły po powrocie Małego Księcia na Ziemię, spisał Krzysztof Wiczkowski („Mały Książę i Róża”).
Zaczęliśmy od Piotrusia Pana i nim zakończmy. Kontynuację jego losów przygotowano z iście brytyjskim namaszczeniem. Ogłoszono konkurs, w którym wybrano najlepszy i najbliższy duchowi oryginału projekt doświadczonej autorki (ponad 100 powieści, liczne nagrody w kategorii literatury dziecięcej). Maciej Wojtyszko tak pisze o książce Mc Caughrean: „Świetna, bo dodająca coś nowego, świetna, bo nie napisana na klęczkach, wreszcie świetna, bo poetycka, dowcipna, przewrotna i wciągająca lepiej od najlepszego kryminału”. Jest więc szansa, że choć raz twórca pierwowzoru nie będzie przewracał się w grobie.
To jeast tekst. Pytania brzmą tak.
Zad. 1 Wyjaśnij w jakim celu autor w akapicie 3. wylicza filmy, w których pojawia się Kubuś Puchatek
Zad. 2 Wyjaśnij sens komentarza autora kończącego 4. akapit: "brzmi to jak fragment mowy pogrzebowej nad grobem misia o bardzo małym rozumku".
Zad. 3 Z akapitów 4-6 wypisz trzy określenia, którymi autor nazywa Kubusia Puchatka. Ja mam: Miś, niedźwiadek, miłośnik miodu. Nie wiem, czy dobrze.
Zad. 4 W akapicie 7. autor pisze o trzech źródłach modyfikowania tradycyjnych bajkowych postaci i wątków. Wskaż je.
Zad. 5 Podaj synonimy słów: zaanektowany (zagarnięty, przywłaszczony?) oraz żenujący (kłopotliwy, niezręczny? bo tu chyba chodzi o jednowyrazowe określenie słów: o niskim poziomie)
Zad . 6 W akapitach 15. i 16. P. Sarzyński wskazuje przyczyny powszechnego przyzwolenia na zmiany klasycznych bajek. Podaj dwie z nich.
Zad. 7 Wyjasnij w jakim celu autor przywołuje słowa Clementa Greenberga (akapit 15.)
Zad. 8 Napodstawie akapitu 16. wyjśnij jak autor definiuje zjawisko postmodernizmu,
Zad. 9 Wypisz z tekstu dwa wyrazy typowe dla stylu potocznego (zarzynąć, sprzątnąć??)
Zad. 10 Tekst ten jest: recenzją, rozprawą, esejem, felietonem (felietonem?)
Zad. 11 Określ stanowisko autora wobec zjawiska które oopisuje. Podaj jeden przykład językowy z tekstu potwierdzajacy teoja opinie.
Zad. 12Tytuł tekstu jest nawiązaniem do znanego frazeologizmu. Podaj jego prawidłową wersję, wytłumacz jego znaczene oraz zinterpretuj tytuł. (piąta woda po kisielu, o dalekim krewnym, autor sygnalizuje, że obecny Puchatek ma niewiele wspólnego z tym tradycyjnym, który wyszedł spod pióra Milne'a??)
Proszę o pomoc. Bardzo potrzebne.
|
II RACIBORSKI FESTIWAL PODRÓŻNICZY 28-30.X.2005
|
II RACIBORSKI FESTIWAL PODRÓŻNICZY – WIATRAKI 2005
28-30 października 2005
sala widowiskowa Domu Kultury „Strzecha” – Racibórz, ul. Londzina 38
ze strony: www.wiatraki.rosynant.pl
PROGRAM:
Piątek – 28 października 2005r.
09.00 – 10.30 – slajdowisko - „Zielone Himalaje” (Azja) – Dawid Wacławczyk 11.00 – 12.30 – slajdowisko - „Ciężarówką przez Afrykę Południową” (Afryka) - Zbyszek Borys Relacja z miesięcznej podróży wynajętą ciężarówką z Kapsztadu przez Namibię, Botswanę, Zambię, Zimbabwe i na koniec z powrotem do RPA. Prezentowany materiał fotograficzny jest bardzo różnorodny. Przeważa piękno przyrody i sylwetki dziko żyjących afrykańskich zwierząt. Nie zabraknie też architektury charakterystycznej dla danych terenów. Zobaczymy zatem bezkresny Fish River Canyon, czerwone wydmy Pustyni Namib, monumentalne wodospady Wiktorii oraz zielone wzgórza Afryki w rejonie Blyde River Canyon. Bliskie spotkania ze zwierzętami będa miały miejsce w Parku Narodowym Etosha, Rezerwacie Moremi w delcie rzeki Okawango i Parku Narodowym Chobe, słynacego z licznej populacji słoni. Zainteresowani architekturą będą mogli zapoznać się z kolonialną zabudową Kapsztadu i Swakopmund w Namibii. Zajrzymy też w głąb tajemniczych ruin Wielkiego Zimbabwe, najbardziej okazałych budowli na południe od Sahary. godz. 16.00 – otwarcie wystaw fotograficznych towarzyszących festiwalowi godz. 17.00 – slajdowisko – „Moja Wenecja” – Marek Rapnicki godz. 18.00 – otwarcie festiwalu (sala widowiskowa DK Strzecha) godz. 18.30 – występ „gwiazdy” festiwalu godz. 20.00 –blok filmów krótkometrażowych: m.in.: Maroko - Taghia Trip (reż. David Kaszlikowski), Indra (reż. Dominik Zadęcki), Geronimo (reż. Leszek David), Hybryda (studio filmowe Hybryda) oraz kilka niespodzianek
Sobota - 29 października 2005r. godz. 10.00 – zawody wspinaczkowe o Puchar Starosty Raciborskiego (MOS „SOKÓŁ” – róg Klasztornej i Wojska Polskiego) godz. 14.00 –szybkie zwiedzanie Raciborza – karawana na rikszach (Start: Rynek, od strony kościoła NMP !) godz. 15.00 – slajdowisko – „Birma – zaginione królestwo Azji” – Zbyszek Borys godz. 16.00 – slajdowisko – „Afryka Maraton” –Arkadiusz „Arun” Milcarz (Wyprawa nagrodzona zdobyciem „kolosa” za największe dokonanie podróżnicze roku 2004) Zadaniem jakiego się podjął Arkadiusz Milcarz było samotne przebycie kontynentu z południa na północ, najmniej popularnymi szlakami, z wykorzystaniem minimum środków pieniężnych. 3 miesiące ustawicznych kontroli, częsta zmiana otoczenia, nieznajomość języków, samotność w czarnym tłumie – takie problemy napotykał na swej drodze podróżnik. Pamiątką pozostały wspomnienia, ciekawe zdjęcia, interesujący materiał filmowy. godz. 17.00 – slajdowisko – „Pik Pobiedy - nieznana Kirgizja” – Jacek Teler PIK POBIEDY (7439m npm) Góra ta uznawana jest za jedną z najtrudniejszych siedmiotysięczników świata. Jest najwyższym szczytem wielkiego łańcucha górskiego - Tien-Shan, ciągnącego się przez około 2500 km na terytoriach Kirgizji, Kazachstanu i Chin. Oprócz trudności technicznych Pobieda "oferuje" specyficzną pogodę, której odpowiednikiem w języku ludzi morza byłby warunki panujące wokół przylądka Horn. Leży ona, bowiem na styku ogromnych lodowców pasma Tien-Shan (m.in. drugi co do wielkości lodowiec górski - Inylczek Południowy) i jeszcze większych obszarów chińskiej pustyni Takla Makan. Wszystko to składa się na legendę Piku Pobiedy funkcjonującą w środowisku wspinaczy wschodu. 15 sierpnia 2004 r. zespół w składzie Marcin Miotk i Jacek Teler osiągnęli główny wierzchołek Piku Pobiedy. Tego trzeciego polskiego wejścia dokonali w stylu alpejskim (szybki atak na górę bez zakładania poprzednio obozów) drogą prowadzącą przez Pobiedę Zachodnią (6918 m n.p.m.). Droga na szczyt prowadzi od strony Kirgizji - pięknego górzystego kraju, którego średnia wysokość kraju wynosi 2750 m n.p.m., czyli wyżej niż Rysy! Kirgizja urzeka swoją dziką przyrodą, niesłychaną gościnnością. To również kraj wielu kultur i wyznań. godz. 18.00 – slajdowisko – „Droga do szczytu” - K2 i Shisha Pangma (I wejście zimowe) – Piotr Morawski DROGA NA SZCZYT - K2 i SHISHA PANGMA ZIMˇ "Droga na szczyt" to opowieść o kilku wyprawach, które w efekcie zaprowadziły Piotra na szczyt Shisha Pangmy zimą. Opowieść o podróżach, wspinaniu, niepowodzeniach, szczęściu i o tym, że marzenia się spełniają. I o ludziach, którzy towarzyszyli mu po drodze i którym tak wiele zawdzięcza. Początek przygody z górami wysokimi miał miejsce w Tien Szanie, od zmagań z Chan Tengri (6995) oraz Pikiem Pobiedy (7439). Przełomową chwilą był wyjazd na Netia K2 Wyprawa Zimowa. Od tego momentu Piotr wkroczył w świat ośmiotysięczników i przepadł pod urokiem i surowością himalajskiej zimy. Podczas tej wyprawy Piotr Morawski wraz z Denisem Urubko dotarli na 7650 m. zakładając obóz IV. Niestety odmroził sobie palce u nóg, co skończyło się amputacją jednego z nich. Już rok później wyjechał znowu zimą na Shisha Pangma. Pokonał z Simone Moro po raz pierwszy południową ścianę w zimie, ale nie dotarł na szczyt. Za to podczas kolejnej wyprawy dnia 14.01.2005 o godzinie 13:13 w końcu spełnia się jego marzenie - jako pierwsi ludzie zimą stawiają wraz z Simone nogi na szczycie Shishy. To ósmy ośmiotysięcznik pokonany zimą i ósme wejście (tak samo jak siedem poprzednich) w rękach polskich. Podczas pokazu zobaczymy radości i smutki, które były udziałem Piotra podczas tych wypraw. Opowie nam o nadziei i upartym dążeniu do celu. A wszystko to wzbogacone będzie tybetańską i nepalską muzyką. godz. 20.00 – koncert STAREGO DOBREGO MAŁŻEŃSTWA
Niedziela - 30 października 2005r.godz. 16.00 – 22.00 –blok filmów długometrażowych BARAKA - reżyseria: Ron Fricke (czas: 96 minut) Z jednej strony "Baraka" to 96-minutowy dziennik z podróży, z innej - medytacja nad naszą planetą. Reżyser Ron Fricke ["Koyaanisqatsi" [1982]] jeździł z 70 mm kamerą po całym świecie, by uwieczniać obrazy ludzi i natury. Niektóre z nich są zwyczajne, jak ruch uliczny na Manhattanie, inne - niezwykłe, jak zaćmienie słońca, jeszcze inne - pełne rozpaczy - jak widok śmieciarzy pełzających niczym kraby po wysypisku śmieci w Kalkucie. Słowo "baraka" pochodzi ze starodawnego jezyka Sufi i oznacza "oddech". Niezwykły film dokumentalny, traktujący o nieodłącznych etapach życia, jakimi są narodziny i śmierć. Akcja dzieje się w różnych miejscach na ziemii- dzięki temu widz może poznać ich naturalne walory . Przedstawiona jest tu także niejako analiza negatywnych zachowań człowieka- jego okrucieństwo, niejednokrotnie prowadzące do autodestrukcji. CATCHING OUT - reżyseria: Sarah George (czas: 76 minut) Hobo podróżują pociągami towarowymi na gapę. Pracują dorywczo, często w zamian za nocleg lub jedzenie, omijają duże miasta. Weterani wojny w Wietnamie, dzieci lat 60., które wypadły poza nawias i tam się zestarzały, ekoaktywiści, młodzi anarchiści i punki. A także ci, którzy z braku odwagi balansują pomiędzy hobobohemą a "normalnym", wielkomiejskim życiem. Hobo żyją na marginesie, bo nie godzą się na współczesną Amerykę. Ich kraj to Ameryka z Deklaracji Niepodległości, która głosi, że wszyscy ludzie są równi, a Stwórca obdarzył ich nienaruszalnymi prawami: życiem, wolnością i swobodą ubiegania się o szczęście. Te właśnie prawa opiewał pierwszy bard Stanów Zjednoczonych Walt Whitman i jego o sto lat młodsi spadkobiercy z ery bitników - Jack Kerouac i Allen Ginsberg.
GOŚCIE:
Piotr Pustelnik - himalaista, zdobywca 12 ośmiotysięczników, pracownik naukowy Politechniki Łódzkiej. Twórca projektu "Trzy Korony". Wspina się od 1975 roku. Instruktor alpinizmu. Wspinał się w Tatrach, Alpach, Dolomitach, w Pamirze, Karakorum i Himalajach. Pierwsze wyprawy: od 1985 roku w Himalaje Kaszmiru (Indie). Wejścia na kilka 6-tysięcznych szczytów. W 1986 roku wyprawa na Pinnacle Peak (6945 m.) w Himalajach Kaszmiru. W roku 1997 i 1998 uczestniczył w centralnych wyjazdach do Pamiru (d.ZSRR) i wejście za Pik Korżeniewskiej (7037 m.). W 1990 roku debiut w górach najwyższych wyprawa (wraz z Wandą Rutkiewicz) na Gasherbrum II (8037 m.) - wejście samotne na wierzchołek drogą wyprawy austriackiej Fritza Morawetza. W 1991 roku wspinał się w górach Alaski (korzystając z pobytu w USA na stypendium naukowym Fulbrighta) - wejście na najwyższy wierzchołek Ameryki Północnej Mt McKinley . W 1992 roku wyprawa macierzystego klubu Akademickiego Klubu Górskiego w Łodzi na Nanga Parbat (8125 m.). Wejście wraz z Józefem Goździkiem drogę niemiecką od strony doliny Diamir. W 1993 roku wraz z Krzysztofem Wielickim wszedł na dwie góry ośmiotysięczne w trakcie jednej wyprawy tj. ChoOyu (8222 m.) nową drogą płn-wsch. granią a w 10 dni później wszedł na Shisha Pangma (8013 m.) powtarzając (po raz pierwszy) trudną drogę słoweńską południowo-zachodnią ścianą. W 1994 roku w mieszanym składzie z Włochami, Amerykaninem i Portugalczykiem wszedł w trakcie bardzo krótkiej jak na Himalaje czasie 3 tygodni wschodnią granią na Dhaulagiri (8205 m.). W 1995 roku wraz z Ryszardem Pawłowskim wszedł od strony tybetańskiej na Mt Everest. W 1996 roku po długiej i trudnej wspinaczce wszedł z tym samym partnerem północnym filarem (od strony chińskiej) na K2. Uczestniczył w akcji sprowadzania skrajnie wyczerpanego uczestnika wyprawy do niższych obozów. Otrzymał za to od Polskiego Komitetu Olimpijskiego list gratulacyjny. W 1997 roku w trakcie bardzo krótkiej akcji górskiej (23 dni) wszedł na Gasherbrum I (8065 m.) (z oryginalnym wariantem (przez przypadek) w kopule szczytowej) i jeszcze raz na Gasherbrum II. Razem siedem wypraw dziewięć gór.
JACEK TELER - ponad 30 wypraw i trekingów w tym m. in. wejścia w alpejskim stylu na góry siedmiotysięczne: Chan Tengri (1998r.), Pik Pobiedy (2004r.); parokrotnie na Pik Lenina w Pamirze (polski rekord szybkości: 14 godz 2005r). Jest autorem pierwszych polskich wejść na szczyty oraz wędrówek i włóczęg po dziewiczych rejonach Syberii i Azji Centralnej. Wielokrotnie uczestniczył w akcjach ratunkowych i poszukiwawczych w górach byłego ZSRR. Brał udział w Polskiej Zimowej Wyprawie na K2 2002/2003 oraz samotnie na Everest 2005r.
PIOTR MORAWSKI - wspina się od 1995 roku. Od początku zainteresowany wspinaczką zimą w górach. Od 2001 roku regularnie jeździ na wyprawy w góry wysokie. Zima 02/03 - Netia K2 (8611) - zakłada wraz z Denisem Urubko obóz IV (7650). Początek fascynacji himalaizmem zimowym. W 03/04 wraz z Simone Moro po raz pierwszy zimą przechodzi południową ścianę Shisha Pangma (bez szczytu). Rok później 04/05 ponowna wyprawa na Shisha Pangma, - szczyt, padł ósmy dziewiczy zimą ośmiotysięcznik. Ostatnio wrócił z południowej ściany Annapurny. Na co dzień pracuje jako adiunkt na Politechnice Warszawskiej. W ramach treningu biega maratony, biegi górskie, bierze udział w rajdach przygodowych. Członek KW Warszawa. Wrażenia z wypraw pokazuje na slajdach.
ZBYSZEK BORYS - podróżnik i fotografik. Podróżuje od kilkunastu lat. Zaraz po studiach wyjechał prawie na 3 lata do Azji Pd. - Wsch. Miesiącami włóczył się po bezdrożach Birmy, Kambodży, Laosu, Indonezji Filipin. Potem wrócił. Poznał Bliski Wschód a ostatnio na dobre zawładnęła nim Afryka. Laureat kilku znaczących konkursów fotograficznych o tematyce podróżniczej. Od trzech lat współpracuje z ogólnopolskimi magazynami turystycznymi, zamieszczając tam zdjęcia i pisząc artykuły z odbytych wypraw. Wspólnie z kilkoma biurami podróży organizuje też wycieczki dla niewielkich grup ludzi, żadnych przygody, w odległe zakątki globu. Czasami wykonuje ze slajdów wielkoformatowe odbitki i wystawia je w galeriach w swojej rodzinnej Bydgoszczy, ale też w Toruniu, Warszawie, Gdańsku i Krakowie. Ma 36 lat. Ukończył Wydział Inżynierii Środowiska na Politechnice Gdańskiej.
ARKADIUSZ MILCARZ (w Afryce nazwany Arunem) dla jednych jest showmanem, dla innych szarlatanem. Wyznaje odważną tezę Gordona Van Del Thorn'a, że "Jedyna różnica między tchórzem, a człowiekiem odważnym jest taka, że tchórz boi się wszystkiego, a człowiek odważny tylko tego czego bać się powinien. Jego samotna podróż z południa na północ Afryki odbiła się echem w środowisku podróżników. Nie tylko ze względu na osobliwość miejsc, do których dotarł, często omijanych przez eksploratorów, ale również ze względu na sposób w jaki tego dokonał. Niemal bez przygotowania i specjalnego ekwipunku, samotnie przebył 7600 km. Jego podróż z założenia miała odbywać się szlakami uczęszczanymi przez miejscowych. Chciał podróżować pomiędzy ludźmi i właśnie ów aspekt różni wędrówkę Aruna od innych afrykańskich ekspedycji. Arek Milcarz samotnie podróżował wśród ludzi, gdzie oprócz bariery językowej, istniała bariera kulturowa. Konieczność interpretacji zachowań - każdy, typowy dla Polaka gest, mógł być inaczej zrozumiany. Zachowania szczególnej ostrożności - nie wiadomo co się za chwilę wydarzy. Na jego zdjęciach i w reportażach jakie napisał, widać próbę zrozumienia zachowań ludzi i szacunek dla współtowarzyszy. Wyłania się z nich obraz Afryki, jakiej w Europie nie znamy i której nie rozumiemy. Arun z założenia nie szukał miejsc w jakikolwiek sposób atrakcyjnych. Nie poruszał się traktami turystycznymi. Sam siebie nie nazywa odkrywcą i nie chce niczego udowadniać. Podróżuje żeby zrozumieć i doświadczyć. Wyruszając z Kapsztadu chciał osiągnąć Algierię. Jednak w N'Diamana - stolicy Czadu - uznał, że dalsza podróż już nie ma sensu. Dały znać o sobie zmęczenie i samotność, brak pieniędzy. Afryka jest nieprzewidywalna. Sam tylko etap podróży przeludnioną barką przez Kongo, który miał trwał 10 dni, przeciągnął się o kolejne dwa tygodnie. Bez pieniędzy, skazany na łaskę i niełaskę innych ludzi pił wodę z rzeki, otarł się o głód. Towarzyszyło mu wyczerpanie, nieopuszczająca ani na chwilę ciekawość innych, niezliczona liczba aresztowań i konfiskat sprzętu. Ostatnią łapówką jaką wręczył był długopis, za który mógł przekroczył granicę Zairu. W swoich relacjach podkreśla, że przesunął granicę własnego strachu, poznał i dotknął Afryki, o jakiej u nas trudno usłyszeć czy przeczytać. Wyprawa miała również wymiar badawczy. Wpisany w nią został projekt dr Andrzeja Penkalli: ,Granice Afryki - granice psychiki", którego celem było zbadanie doświadczeń granicznych pojedynczego człowieka w warunkach transkulturowych".
pozdrawiam kasia
|
Spokojnie, to tylko skoczek
|
Gdy liczba samobójców zaczęła zbliżać się do 1000, ludzie przyjeżdżali na Goldon Gate specjalnie, by się "wstrzelić" w historyczny numer
W 1937 roku, gdy kończono budowę mostu Golden Gate w San Francisco, reporterzy spytali jego twórcę, czy się nie boi, że ludzie będą z niego skakać, by się zabić.
Zakochany w swoim dziele inżynier parsknął niemal: - A kto by chciał skakać z Golden Gate!
Trzy miesiące później 47-letni weteran I wojny światowej, opuszczony przez rodzinę Harold Wobber został pierwszym skoczkiem.
Do dziś na Golden Gate zabiło się, skacząc z mostu, ponad 1270 osób. Średnio co dwa tygodnie ktoś się tu zabija.
- To było przy tym słupie. Wyjrzałem przez barierkę. Potem wziąłem dwa kroki rozbiegu, ruszyłem. Złapałem barierkę, odbiłem się. No i skoczyłem.
Kevin Hines pokazuje mi, jak sześć lat temu skoczył z mostu Golden Gate w San Francisco. Jakby w zwolnionym tempie cofa się, rusza, łapie barierkę, demonstruje, jak się odbił, jak całym ciałem przeleciał
Rany, Kevin, nie skacz!
Wiadomo, co strzeli do głowy facetowi, który już raz popełnił samobójstwo na Golden Gate?
- Don't worry! - Kevin uśmiecha się uspokajająco, schodząc z barierki. Rudy, krępy 26-latek z piegowatą twarzą jakby bawił się moją niepewnością.
- Jak wracam na most z kimś, to nic mi nie grozi. Tylko samemu tu nie wolno mi przychodzić.
Wrota do śmierci
Most Golden Gate, czyli Złote Wrota, był w latach 30. architektonicznym cudem i do dziś pozostaje chyba najsłynniejszym, najbardziej rozpoznawalnym mostem na świecie.
Gigantyczna pomarańczoworuda konstrukcja w stylu art déco jak wieża Eiffla w Paryżu jest widoczna niemal z każdego punktu miasta.
Most odwiedza rocznie 10 mln turystów.
Co roku przynajmniej 70-90 osób próbuje popełnić samobójstwo, skacząc z Golden Gate - 25 pięter w dół do oceanu. Zwykle około 50 z nich powstrzymują policjanci. 20-30 osobom rocznie udaje się skoczyć.
Taki skok to samobójstwo niemal doskonałe. 98 procent skoczków ginie. W rekordowym roku 1977 na moście zginęło 40 osób.
Jak już zostało powiedziane, skacząc z Golden Gate zabiło się ponad 1270 osób. To oficjalne dane. Pewnie kilkaset skoczyło - nocą albo we mgle - tak, że ich nikt nie zauważył, a ciała nigdy nie wyłowiono.
Są też setki rocznie, które przychodzą na most, by się zabić, ale zmieniają zdanie - choćby ze strachu. Ich też nie ma w statystykach.
Golden Gate to najpopularniejsze wśród samobójców miejsce na świecie. W latach 80. robotnicy z pobliskiego tartaku co tydzień robili sobie zakłady - trzeba było obstawiać, którego dnia tygodnia ktoś skoczy z mostu...
abójcze piękno
Psychologowie twierdzą, że most ma w sobie jakąś ciemną aurę, która przyciąga tu ludzi. Jest pięknie wkomponowany w krajobraz i otoczony zapierającymi dech w piersiach widokami. Z jednego końca urocze San Francisco położone na wzgórzach schodzących do oceanu. Z drugiej zielone góry powiatu Marina. W dole błękitny ocean, piękne jachty, wielkie statki oceaniczne, narciarze wodni. Kilka mil dalej widać złowieszczą skałę Alcatraz.
Jeszcze dalej równie potężny i monumentalny, choć absolutnie nie tak piękny Bay Bridge - most Zatokowy. Mnóstwo osób, które jechały na Golden Gate, by się zabić, musiało przejechać przez Bay Bridge. I nikomu nie przyszło do głowy zabić się akurat tam.
- Ludzie o skłonnościach samobójczych mają tendencję do fantazjowania, przypisywania różnym obiektom magicznej mocy - tłumaczył w artykule dla "New Yorkera" dr Lanny Berman zajmujący się psychologią samobójców. - Skoczków ciągnie na Golden Gate, bo wyobrażają sobie, że to wrota do innego świata. Myślą, że w tych ostatnich sekundach ich życie zwolni bieg, a potem gładko wpadną w wodę, niczym mistrz w skokach do wody na olimpiadzie.
- Zwykle samobójstwa mają miejsce za zamkniętymi drzwiami - mówi mi Eric Steel, autor filmu dokumentalnego "The Bridge" o samobójcach z Golden Gate. - Ludzie się zabijają w gabinetach, sypialniach, garażach, gdzieś w środku lasu. Gdy ktoś chce się zabić na Golden Gate, może być pewny, że będzie obserwowany - tu przecież zawsze ktoś patrzy. Ale jednocześnie człowiek idący mostem, by z niego skoczyć, szybko orientuje się, że absolutnie nikogo nie obchodzi, po co tu przyszedł, że niemal nikt go nie zauważy, bo wszyscy są przytłoczeni tą konstrukcją.
Nawet rzeczniczka prasowa władz mostu Mary Currie przyznaje, że most ma w sobie jakąś dziwną moc. - On żyje, jakby przemawia do ludzi. Niektórzy przychodzą na most, odnajdują tu coś w sobie i wracają, skąd przyszli. Inni przychodzą, też odnajdują coś w sobie i skaczą.
Brutalna smierć
- Słyszałem, że ta woda po prostu wciąga cię w dół, gładko się nad tobą zamyka, że człowiek po prostu zanika w otchłani, nic nie czuje - opowiadał magazynowi "New Yorker" Ken Baldwin, jeden ze skoczków, którzy przeżyli.
Ale to bzdura. W rzeczywistości w śmierci na Golden Gate nie ma nic gładkiego czy bezbolesnego.
Ciało spadające z mostu z prędkością 130-
-140 km na godzinę uderza w wodę niczym w betonową ścianę. Taka siła zrywa wewnętrzne organy, które są rozdzierane przez połamane, ostre kości żeber. Lekarze przeprowadzający sekcje zwłok skoczków mówią, że ich wnętrzności wyglądają, jakby zostały dokładnie zmiksowane na jednolitą miazgę.
Czasem ciało niemal się rozpada, siła uderzenia urywa kończyny albo głowę. Zrywa ubranie. Skoczkowie, którzy spadli głową w dół, zamiast ust mają jedną wielką dziurę na pół twarzy.
Najszczęśliwsi giną w momencie uderzenia w wodę. Inni je przeżywają, ale z powodu obrażeń, sparaliżowani, w potwornych cierpieniach toną po kilkudziesięciu sekundach.
Wiele ciał nigdy nie odnaleziono - spływają z prądem do oceanu. Żywią się nimi zarówno odwiedzające te rejony rekiny, jak i mniejsze rybki oraz kraby zaczynające podobno ucztę od wyżerania oczu topielca.
Czasem wyłowieni przez straż przybrzeżną wytrzymują kilka minut, kilka godzin albo dni i umierają w szpitalu. Lekarze są bezradni. Nielicznym - zaledwie 2 proc. - udaje się przeżyć dłużej.
Z ponad 1270 osób, które skoczyły z Golden Gate, przeżyło zaledwie 26.
Eksperci twierdzą, że właśnie ta niesamowita "skuteczność" Golden Gate czyni go tak popularnym wśród samobójców.
Jakiekolwiek szanse na przeżycie skoku z Golden Gate można mieć właściwie tylko w jeden sposób - gdy się wpadnie do wody z lekko podkurczonymi nogami skierowanymi w dół pod pewnym kątem.
Tak przeżył Kevin Hines.
Tu było najłatwiej
Kevin oprowadza mnie po moście. Pełen entuzjazmu, z uśmiechem, niemal jak dziecko pokazujące gościom swój pokój.
- Podobno most przyciąga samobójców swoim pięknem, działa jak magnes - mówi Kevin. - Nie wiem, może to prawda, ale dla mnie piękno nie miało żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, jak łatwo tu się zabić. Myślałem o innych sposobach. Pistolet? A skąd ja wezmę spluwę? Nie chciałem też, żeby rodzice znaleźli mnie w kałuży krwi, z odstrzelonym mózgiem.
Wtedy w gronie znajomych ktoś zupełnie przypadkiem wspomniał, że Golden Gate jest najlepszy dla samobójców.
- Oni nie wiedzieli, co ja planuję, a mnie oświeciło. Golden Gate! Oczywiście! - wspomina Hines.
Kevin przyjechał na most rankiem we wrześniu 2000 roku. Miał 19 lat. Dwa lata wcześniej stwierdzono u niego depresję maniakalną. Kilka tygodni przed skokiem samobójstwo popełnił ulubiony nauczyciel Kevina. Rzuciła go też dziewczyna.
- Słyszałem w głowie dziwne głosy mówiące, że powinienem się zabić. To był koszmar. Podjąłem decyzję. Rano uściskałem ojca i zamiast iść do szkoły wsiadłem do autobusu jadącego w stronę Golden Gate.
- Gdy dojechałem na most, zacząłem po nim chodzić w tę i z powrotem. Tak ze 40 minut. Mówiłem sobie: co ty robisz! Masz 19 lat i chcesz zginąć? Ale ten głos był silniejszy: Musisz się zabić, musisz się zabić Jak zdarta płyta.
Cały czas myślałem, że gdyby ktoś do mnie podszedł, spytał, co mi się stało, dlaczego płaczę, czy można mi pomóc, tobym nie skoczył.
Gdy miałem skakać, nagle usłyszałem, że ktoś coś do mnie mówi. Odwracam głowę, jakaś piękna blondynka, niemiecka turystka, uśmiecha się do mnie. To jakiś cud - pomyślałem. Poczułem nadzieję. Ale dwie sekundy później zrozumiałem, że ona po prostu pyta, czy zrobię jej zdjęcie. Wziąłem aparat, pstryknąłem, oddałem jej. Ona znów się uśmiechnęła, odwróciła i poszła. Na moje za-płakane oczy nie zwróciła uwagi. Pomyślałem: Fuck! Nikogo nie obchodzę. Dwie sekundy później wziąłem rozbieg i skoczyłem.
- Żałowałem tego ułamek sekundy po tym, jak puściłem tę barierkę. Dotarło do mnie, że wcale nie chcę umierać.
- Lot z mostu trwa 4-4,5 sekundy. Leciałem na początku głową w dół. Spróbowałem się obrócić tak, by uderzyć w wodę nogami.
Ludzie mówią dziś: to niemożliwe, że to wszystko zajęło ci tylko cztery sekundy. Ale cztery sekundy w takiej chwili to naprawdę dużo czasu.
Przeżyłem upadek. Na pewno mi pomogło, że w szkole grałem w football amerykański i trenowałem zapasy. Miałem silne mięśnie grzbietu i szyi, nie złamałem sobie karku.
Wpadłem kilka metrów pod wodę. Zacząłem machać rękami, by wypłynąć, walczyłem o życie jak zwierzę. Udało się, złapałem oddech, ale połamane kości nie pozwalały się ruszać. I zacząłem znowu tonąć. Wtedy poczułem, że coś ociera mi się o nogi. - Super! - pomyślałem. - Nie zabiłem się, skacząc z Golden Gate, to teraz pożre mnie rekin. Wiedziałem, że krwawię. Ale to nie był rekin, ale lew morski. Kilka razy podparł mi nogi, tylko dzięki temu utrzymałem się na powierzchni. Uratował mi życie. Dwie-trzy minuty później podpłynęła łódź straży przybrzeżnej i mnie wyciągnęła.
Gdy Kevin wciąż leżał w szpitalu w ciężkim stanie, przywieźli kolejnego skoczka z Golden Gate. Lekarze nie mogli uwierzyć, że dwóch ludzi w ciągu trzech dni przeżyło skok. Zwykle ratuje się przecież jedna, czasem dwie osoby rocznie. Czasem żadna.
- Ten chłopak miał jednak wszystko połamane, był sparaliżowany od pasa w dół. Wkrótce umarł. To mi pomogło w odmianie. Patrzyłem na niego i myślałem, że to przecież mogłem być ja...
Kevin wciąż się leczy. Chodzi regularnie do psychiatry, psychologa, bierze jedną pastylkę rano i osiem wieczorem. Wciąż ma fizykoterapię. Codziennie czuje potworne bóle w plecach, musi regularnie ćwiczyć z ciężarkami. - Ale żyję, człowieku, żyję! - powtarza mi kilka razy.
Pracuje też normalnie jako instruktor w szkolnej świetlicy. I działa w organizacjach zajmujących się prewencją samobójstw.
997...
Film zaczyna się sielskimi widokami. Golden Gate w pełnym słońcu. Turkusowa woda, spacerujący po moście roześmiani ludzie. W dole żaglówki, skutery wodne, windsurferzy. Wędkarze i mewy.
Nagle kamera wyłapuje w tłumie na moście pana w średnim wieku. Przechodzi przez barierkę i skacze. Wpada do wody i niknie w otchłani. Kilka sekund później po spienionej jeszcze od upadku wodzie przepływa pchany wiatrem facet na desce, który niczego nie zauważył. Robi ładny zwrot i odpływa w dal. Po skoczku nie ma śladu, powierzchnia wody jest już gładka.
To pierwsza scena z filmu dokumentalnego "The Bridge" ("Most"). Film ukazał się w Ameryce wiosną tego roku.
Jego twórcy na obu brzegach ustawili wymierzone w Golden Gate szerokokątne kamery. Dzień po dniu przez cały rok 2004 rejestrowali wszystko, co się dzieje. Na tysiącach godzin nagrań udało im się uchwycić 19 samobójczych skoków z mostu. W filmie pokazano 6 z nich. Spadające z mostu cienie robią na widzach wstrząsające wrażenie.
- Z mojego okna w Nowym Jorku widziałem już kiedyś coś takiego - opowiada mi twórca filmu Eric Steel. - Gdy 11 września 2001 roku patrzyłem na World Trade Center i na szybko spadające ciemne plamki ludzi, którzy skakali z okien, by uniknąć piekła spalenia się żywcem. Ludzie skaczący z Golden Gate też chcą uciec od jakiegoś piekła.
- Rocznie 38 tys. ludzi popełnia w Ameryce samobójstwo - opowiada Steel. - To dwa razy więcej niż liczba morderstw! A morderstwami zajmują się wszyscy, tworzone są wielkie rządowe i lokalne programy walki z przestępczością.
Steel uważa, że filmując samobójców, nie popełnił żadnego nadużycia. - Gdy tylko zobaczyliśmy, że ktoś wspina się na barierkę, natychmiast dzwoniliśmy na mostową policję.
- W sumie dzięki temu, że obserwowaliśmy most, uratowaliśmy przynajmniej sześć osób - mówi.
Steel trzymał całą operację filmowania w tajemnicy, bo bał się, że ludzie, usłyszawszy o filmie, będą chętniej się zabijali.
Te obawy nie były bezpodstawne. Gdy w 1995 roku liczba samobójców zaczęła zbliżać się do 1000, ludzie przyjeżdżali tu specjalnie, by się "wstrzelić" w historyczny numer. Jeden z radiowych didżejów zaoferował nawet nagrodę dla rodziny tysięcznego samobójcy. To wtedy władze przestały prowadzić oficjalną statystykę samobójstw na Golden Gate. Zatrzymano ją na liczbie 997...
Od tego czasu także lokalne media przestały podawać informacje o statystykach samobójczych, by nikogo nie prowokować. Liczono, że gdy o moście przestanie się mówić w kontekście samobójczym, liczba ofiar spadnie. Ale nie poskutkowało.
Drugiego dnia
Na skałach pod mostem ze świetnym widokiem na cały Golden Gate pracuje kilku malarzy. Są wśród nich studenci, którzy malują tu od kilku dni, są i weterani malujący most od lat. Chris Malroney maluje to od kilku tygodni. Przygotowuje dwa obrazy - most wieczorem i w dzień. Podobno w galeriach w centrum miasta, gdzie zakupy robią turyści, zbyt jest zapewniony.
Pytam, czy widział jakąś próbę samobójczą. Patrzy na mnie jak na wariata, że w to wątpię. - W zeszłym tygodniu - odpowiada. Okazuje się, że pierwszego samobójcę zobaczył drugiego dnia po przyjściu pod most. Nie wiedział, co robić, pobiegł na sam brzeg, krzyczał, by wezwać policję, ale koledzy, którzy pracują tu dłużej, uspokoili go. - Popracujesz tu, to się przyzwyczaisz - mówili.
- Mieli rację - mówi. O kolejnym samobójcy, pochłonięty malowaniem, zapomniał już po kilku minutach.
W filmie Steela jest opowiedziana podobna scena. Przejeżdżająca mostem kobieta zauważyła, że ktoś skoczył. Nie wiedząc, co robić, przyspieszyła i po kilku sekundach histerycznie krzyczy do zbierającej na końcu mostu opłaty kasjerki: - Ktoś tam skoczył! Przed chwilą! Widziałam! Zróbcie coś!
A kasjerka do niej z uspokajającym uśmiechem: - Honey, it happens all the time.
- Kochana, spokojnie, tu bez przerwy ktoś skacze...
Barierka
Powstrzymać skoczków z Golden Gate można by bardzo prosto. Wystarczy zamontować wyższą barierkę przy ciągnącym się przez cały most deptaku dla pieszych. Obecnie ma ona zaledwie 120 cm wysokości.
- To tak jakby w domu człowieka o skłonnościach samobójczych naładowany pistolet leżał bez przerwy na kuchennym stole - mówi o tak łatwej do pokonania barierce psychiatra z San Francisco dr Jerome Motto.
Golden Gate to nie pierwsza budowla, którą upodobali sobie samobójcy. Jednak w innych słynnych obiektach - wieża Eiffla w Paryżu, Empire State Building w Nowym Jorku, Bazylika św. Piotra w Rzymie, most Portowy w Sydney - po kolejnych próbach samobójczych po prostu zamontowano specjalne zabezpieczenia. I skoki skończyły się jak nożem uciął.
Dla Golden Gate były już setki projektów nowej barierki antysamobójczej - wysokich stalowych płotów, specjalnych linek, siatek, nawet barierek laserowych.
Wszystkie odrzucała rada zarządzająca mostem - motywując to brakiem pieniędzy, brakiem gwarancji, że nowe zabezpieczenia powstrzymają samobójców, i tym, że podwyższenie barierki zakłóci przepływy mas powietrza i wyważenie mostu, co może zagrozić jego stabilności.
Wśród mieszkańców San Francisco panuje przekonanie, że podwyższona barierka - albo jakieś podwieszone siatki - "zepsują estetykę" Golden Gate. Że ich most przez to straci część swego czaru.
W sondażach opinii publicznej przeciwko antysamobójczej barierze wypowiada się za każdym razem solidna większość 55-60 procent mieszkańców San Francisco.
Działacze organizacji zajmujących się prewencją samobójstw mówią o głęboko zakorzenionym w opinii publicznej przekonaniu, że samobójcy to po prostu "wariaci", których śmiercią nie ma się co przejmować.
Już przy pierwszej próbie przeforsowania idei bariery antysamobójczej w 1953 roku szef zarządzającej mostem rady Mervin Lewis powiedział: - Jeśli nie będą skakali u nas, to pójdą skoczyć z jakiegoś budynku i oprócz siebie mogą zabić jeszcze kogoś innego.
To najczęstszy argument przeciwników bariery: jeśli tu nie pozwolimy się im zabić, to przecież ci samobójcy po prostu pójdą gdzie indziej... Tyle tylko, że według naukowców jest odwrotnie. W 1978 roku dr Richard Seiden z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley opublikował badania przeprowadzone wśród 515 osób, które chciały się zabić na Golden Gate, ale zostały powstrzymane. Okazało się, że aż 94 procent z nich przeżyło potem wiele lat, ewentualnie zmarło śmiercią naturalną, i tylko 6 procent zdołało się zabić w inny sposób.
Dr Eve Meyer, psycholog: - Samobójstwa są najczęściej skutkiem impulsu, czasem spontanicznym odruchem. Gdy popełnienie samobójstwa staje się utrudnione, ludzie nie zmieniają po prostu metody na inną. Najczęściej to odkładają albo w ogóle rezygnują.
- Sprzeciw władz mostu wobec projektów podwyższenia barierki to taka forma eutanazji! - Kevin Hines nie powstrzymuje złości. - Swoją biernością pomagają osobom z problemami psychicznymi pozbawiać się życia.
Mgła
Gdy schodzimy z mostu z Kevinem, konstrukcja niemal cała pogrążona jest we mgle. Tak jest niemal codziennie.
- Ta mgła, człowieku... Mgła śmierci - mówi Kevin. - Dzięki niej skoczków nie widać z oddali. Maskuje spadające ofiary. Jakby most wstydził się tego, co tu się dzieje.
http://serwisy.gazeta.pl/...ias=5&startsz=x
|
Most Golden Gate
|
GOLDEN GATE (z ang. złote wrota) to jeden z najdłuższych mostów wiszących świata i symbol nieodłącznie kojarzący się z San Francisco.


Most ten łączący San Francisco z hrabstwem Marin istnieje już 64 lata, jego otwarcie nastąpiło 27 maja 1937 roku. Budowa takiego "kolosa" była niezwykle trudna i mozolna, pochłonęła wiele ofiar ludzkich. Robotnicy walczyli tu z przypływami, silnymi prądami morskimi i gęstą mgłą po to, by zbudować połączenie długości 2,7 km. Oni to stworzyli most będący przez ponad 20 lat to najdłuższym mostem wiszącym na świecie o długości 1280 m między bliźniaczymi wieżami wznoszącymi się na wysokość 227 metrów nad poziomem wody podczas przypływu.
Pierwszy raz z propozycją budowy mostu o ponad kilometrowej długości wystąpił w 1918 r. główny inżynier miasta: Micheal M. O’Shaughessy. Jednak wszyscy konsultanci wyrażali się negatywnie o tym pomyśle pod kątem nieprzewidzianych problemów natury technicznej.
  
Propozycją budowy mostu zainteresował się także Joseph Baermann Strauss, założyciel Strauss Bascula Bridge Company (1904 r.), Autor blisko 400 projektów mostów w Europie, Ameryce i w Azji. Trzy lata po propozycji O’Shaughessy’ego wystąpił on z konkretną propozycją i preliminarzem budowy mostu. Była to pierwsza konkretna propozycja. Koszty oszacowano na 27 milionów dolarów. Zaproponowany most miał konstrukcję podparto-podwieszaną, z wieżami po obu stronach. Przęsło główne miało wynosić 1222 metry i składać się z dwóch 208-metrowych podparć oraz 806-metrowego, podwieszonego przęsła pomiędzy nimi. Liny zawieszone na dwóch 218-metrowych wieżach dźwigać miały kładkę o szerokości 24,4 metrów przeznaczoną na 4 pasy jezdne i 2 piesze. Propozycja została entuzjastycznie przyjęta przez władze miasta, choć miała też zdecydowanych przeciwników których trzon stanowili właściciele promów. Opór był tak duży, że przekonanie mieszkańców, przeprowadzenie procesu legislacyjnego, znalezienie inwestorów, uzyskanie zezwolenia od Ministerstwa Wojny na budowę obiektu na ich terenie trwało ponad 8 lat.
Budowa mostu Golden Gate rozpoczęła się w styczniu 1933 i trwała do roku 1937. Otwarcie dla ruchu nastąpiło 27 maja (rok przed śmiercią Straussa). Most budowany był przez ponad 4 lata i kosztował ponad 27 milionów dolarów, w tym 2 miliony kosztował jego projekt. Golden Gate stał się na prawie 30 lat najdłuższym mostem wiszącym na świecie. Do tej pory jest jednak uznawany za szczytowe osiągnięcie inżynierskie i niezmiennie od daty jego otwarcia pozostaje najbardziej znanym mostem świata. Dziś nie można sobie wyobrazić panoramy San Francisco bez Golden Gate w tle.
W 1929 r. 15 sierpnia Joseph Strauss został mianowany głównym inżynierem budowy. Odpowiedzialny był za projekt inżynierski, architektoniczny, geologiczny, komunikacyjny oraz inspekcję i nadzór nad realizacją. Wśród współpracowników Straussa duży wpływ na wygląd i estetykę mostu miał architekt Irving Foster Morrow. Ostateczny projekt został zatwierdzony w lutym 1930 r. Do tego momentu przechodził wiele zmian, głównie za sprawą sugestii architektów Irvinga i Gertrudy Morrow. Zasadniczej zmianie uległa konstrukcja, z podparto-podwieszonego na prosty wiszący z przęsłem środkowym o długości 1280 metrów.

Budowa była niezwykle trudna i pochłonęła wiele ofiar. Most zaprojektował inż. Joseph Strauss. Choć dużą rolę odegrali inżynier Charles Ellis oraz projektant Leon Moissieff przy pomocy architekta-konsultanta Irvinga Morrowa, który wprowadził nieco detali w stylu Art-Deco.
Najbardziej niebezpiecznym okresem budowy mostu było stawianie fundamentów. Robotnicy pracowali tu na barkach, stale podrzucani przez wzburzone w czasie przypływów i odpływów morze. Kiedy obie wieże były już osadzone w fundamentach, robotnicy musieli wspiąć się na wąskie pomosty pomiędzy nimi, zbudowane ze zwykłych drewnianych desek po to, aby umieścić tu liny, na których miał zawisnąć most.

Każda lina miała 93 cm średnicy i składała się z 27 572 oddzielnych żyłek kabla skręconych ze sobą. Wytrzymałość mostu jest bardzo imponująca - każda wieża wytrzymuje obciążenie wszystkich lin wynoszące 95 tysięcy ton, a każda zamontowana na brzegu blokada musiała wytrzymać naciąg 28,5 tysiąca ton. Od początku istnienia mostu, Golden Gate był malowany dosyć charakterystycznym kolorem, kolorem pomarańczowym. Kolor czerwony lub pomarańczowy to kolor tradycyjny dla konstrukcji stalowych, jako powstały w wyniku dodania do farby minii ołowianej, klasycznej substancji antykorozyjnej. W przypadku Golden Gate kolor ten sprawia, że most jest lepiej widoczny podczas mgieł. Ponieważ odkryto, iż farba, którą został pomalowany most, szybko się rozkłada podczas mgły i może spowodować skażenie środowiska, dlatego rozpoczęto żmudne badania nad wynalezieniem nieszkodliwej - ekologicznej substancji w kolorze pomarańczowym. Prace te trwają do dziś, więc cześć mostu trzeba było pomalować na szaro.
 
Golden Gate został zbudowany dzięki funduszom uzyskanym z emisji obligacji na łączną sumę 35 mln dolarów. Pomimo hałasu i zanieczyszczeń, jakie powoduje 120 tysięcy przejeżdżających tędy co dzień samochodów, ścieżka dla pieszych biegnąca wzdłuż mostu cieszy się dużą popularnością, a widok z niej często służy za scenografię reżyserom filmowym. W 50 rocznicę otwarcia mostu (1987r.), wstrzymano ruch samochodowy, aby wszyscy uczestnicy przyjęcia przeszli pieszo po Golden Gate, jednak szybko okazało się, że pomysł ten był niepraktyczny a nawet niebezpieczny - uczestników było zbyt wielu...
Most Golden Gate szybko zaczął zarabiać i do 1971 roku zwróciły się koszty budowy, które wynosiły 75 milionów dolarów. W pierwszym roku przejechało przez niego ponad 4 miliony pojazdów.
W ciągu siedemdziesięciu lat istnienia most Golden Gate przetrwał liczne trzęsienia ziemi, huragany, a także upływ czasu. W 1989 roku przetrwał jedno z najtragiczniejszych trzęsień o natężeniu 7,1 stopni w skali Richtera.
Most poza tym, że stanowi doskonałą trasę komunikacyjną, przyciąga również turystów oraz niestety samobójców. Od momentu powstania mostu ponad tysiąc osób odebrało sobie życie skacząc przez barierki.
Spokojnie, to tylko skoczek
Gdy liczba samobójców zaczęła zbliżać się do 1000, ludzie przyjeżdżali na Golden Gate specjalnie, by się "wstrzelić" w historyczny numer.
W 1937 roku, gdy kończono budowę mostu Golden Gate w San Francisco, reporterzy spytali jego twórcę, czy się nie boi, że ludzie będą z niego skakać, by się zabić.
Zakochany w swoim dziele inżynier parsknął niemal: - A kto by chciał skakać z Golden Gate!
Trzy miesiące później 47-letni weteran I wojny światowej, opuszczony przez rodzinę Harold Wobber został pierwszym skoczkiem.
Do dziś na Golden Gate zabiło się, skacząc z mostu, ponad 1270 osób. Średnio co dwa tygodnie ktoś się tu zabija.
- To było przy tym słupie. Wyjrzałem przez barierkę. Potem wziąłem dwa kroki rozbiegu, ruszyłem. Złapałem barierkę, odbiłem się. No i skoczyłem.
Kevin Hines pokazuje mi, jak sześć lat temu skoczył z mostu Golden Gate w San Francisco. Jakby w zwolnionym tempie cofa się, rusza, łapie barierkę, demonstruje, jak się odbił, jak całym ciałem przeleciał

Rany, Kevin, nie skacz!
Wiadomo, co strzeli do głowy facetowi, który już raz popełnił samobójstwo na Golden Gate?
- Don't worry! - Kevin uśmiecha się uspokajająco, schodząc z barierki. Rudy, krępy 26-latek z piegowatą twarzą jakby bawił się moją niepewnością.
- Jak wracam na most z kimś, to nic mi nie grozi. Tylko samemu tu nie wolno mi przychodzić.
Wrota do śmierci
Most Golden Gate, czyli Złote Wrota, był w latach 30. architektonicznym cudem i do dziś pozostaje chyba najsłynniejszym, najbardziej rozpoznawalnym mostem na świecie.
Gigantyczna pomarańczowo-ruda konstrukcja w stylu art déco jak wieża Eiffla w Paryżu jest widoczna niemal z każdego punktu miasta.
Most odwiedza rocznie 10 mln turystów.
Co roku przynajmniej 70-90 osób próbuje popełnić samobójstwo, skacząc z Golden Gate - 25 pięter w dół do oceanu. Zwykle około 50 z nich powstrzymują policjanci. 20-30 osobom rocznie udaje się skoczyć.
Taki skok to samobójstwo niemal doskonałe. 98 procent skoczków ginie. W rekordowym roku 1977 na moście zginęło 40 osób.
Jak już zostało powiedziane, skacząc z Golden Gate zabiło się ponad 1270 osób. To oficjalne dane. Pewnie kilkaset skoczyło - nocą albo we mgle - tak, że ich nikt nie zauważył, a ciała nigdy nie wyłowiono.
Są też setki rocznie, które przychodzą na most, by się zabić, ale zmieniają zdanie - choćby ze strachu. Ich też nie ma w statystykach.
Golden Gate to najpopularniejsze wśród samobójców miejsce na świecie. W latach 80. robotnicy z pobliskiego tartaku co tydzień robili sobie zakłady - trzeba było obstawiać, którego dnia tygodnia ktoś skoczy z mostu...
Zabójcze piękno
Psychologowie twierdzą, że most ma w sobie jakąś ciemną aurę, która przyciąga tu ludzi. Jest pięknie wkomponowany w krajobraz i otoczony zapierającymi dech w piersiach widokami. Z jednego końca urocze San Francisco położone na wzgórzach schodzących do oceanu. Z drugiej zielone góry powiatu Marina. W dole błękitny ocean, piękne jachty, wielkie statki oceaniczne, narciarze wodni. Kilka mil dalej widać złowieszczą skałę Alcatraz.
Jeszcze dalej równie potężny i monumentalny, choć absolutnie nie tak piękny Bay Bridge - most Zatokowy. Mnóstwo osób, które jechały na Golden Gate, by się zabić, musiało przejechać przez Bay Bridge. I nikomu nie przyszło do głowy zabić się akurat tam.
- Ludzie o skłonnościach samobójczych mają tendencję do fantazjowania, przypisywania różnym obiektom magicznej mocy - tłumaczył w artykule dla "New Yorkera" dr Lanny Berman zajmujący się psychologią samobójców. - Skoczków ciągnie na Golden Gate, bo wyobrażają sobie, że to wrota do innego świata. Myślą, że w tych ostatnich sekundach ich życie zwolni bieg, a potem gładko wpadną w wodę, niczym mistrz w skokach do wody na olimpiadzie.
- Zwykle samobójstwa mają miejsce za zamkniętymi drzwiami - mówi mi Eric Steel, autor filmu dokumentalnego "The Bridge" o samobójcach z Golden Gate. - Ludzie się zabijają w gabinetach, sypialniach, garażach, gdzieś w środku lasu. Gdy ktoś chce się zabić na Golden Gate, może być pewny, że będzie obserwowany - tu przecież zawsze ktoś patrzy. Ale jednocześnie człowiek idący mostem, by z niego skoczyć, szybko orientuje się, że absolutnie nikogo nie obchodzi, po co tu przyszedł, że niemal nikt go nie zauważy, bo wszyscy są przytłoczeni tą konstrukcją.
Nawet rzeczniczka prasowa władz mostu Mary Currie przyznaje, że most ma w sobie jakąś dziwną moc. - On żyje, jakby przemawia do ludzi. Niektórzy przychodzą na most, odnajdują tu coś w sobie i wracają, skąd przyszli. Inni przychodzą, też odnajdują coś w sobie i skaczą.
Brutalna śmierć
- Słyszałem, że ta woda po prostu wciąga cię w dół, gładko się nad tobą zamyka, że człowiek po prostu zanika w otchłani, nic nie czuje - opowiadał magazynowi "New Yorker" Ken Baldwin, jeden ze skoczków, którzy przeżyli.
Ale to bzdura. W rzeczywistości w śmierci na Golden Gate nie ma nic gładkiego czy bezbolesnego.
Ciało spadające z mostu z prędkością 130-
-140 km na godzinę uderza w wodę niczym w betonową ścianę. Taka siła zrywa wewnętrzne organy, które są rozdzierane przez połamane, ostre kości żeber. Lekarze przeprowadzający sekcje zwłok skoczków mówią, że ich wnętrzności wyglądają, jakby zostały dokładnie zmiksowane na jednolitą miazgę.
Czasem ciało niemal się rozpada, siła uderzenia urywa kończyny albo głowę. Zrywa ubranie. Skoczkowie, którzy spadli głową w dół, zamiast ust mają jedną wielką dziurę na pół twarzy.
Najszczęśliwsi giną w momencie uderzenia w wodę. Inni je przeżywają, ale z powodu obrażeń, sparaliżowani, w potwornych cierpieniach toną po kilkudziesięciu sekundach.
Wiele ciał nigdy nie odnaleziono - spływają z prądem do oceanu. Żywią się nimi zarówno odwiedzające te rejony rekiny, jak i mniejsze rybki oraz kraby zaczynające podobno ucztę od wyżerania oczu topielca.
Czasem wyłowieni przez straż przybrzeżną wytrzymują kilka minut, kilka godzin albo dni i umierają w szpitalu. Lekarze są bezradni. Nielicznym - zaledwie 2 proc. - udaje się przeżyć dłużej.
Z ponad 1270 osób, które skoczyły z Golden Gate, przeżyło zaledwie 26.
Eksperci twierdzą, że właśnie ta niesamowita "skuteczność" Golden Gate czyni go tak popularnym wśród samobójców.
Jakiekolwiek szanse na przeżycie skoku z Golden Gate można mieć właściwie tylko w jeden sposób - gdy się wpadnie do wody z lekko podkurczonymi nogami skierowanymi w dół pod pewnym kątem.
Tak przeżył Kevin Hines.
Tu było najłatwiej
Kevin oprowadza mnie po moście. Pełen entuzjazmu, z uśmiechem, niemal jak dziecko pokazujące gościom swój pokój.
- Podobno most przyciąga samobójców swoim pięknem, działa jak magnes - mówi Kevin. - Nie wiem, może to prawda, ale dla mnie piękno nie miało żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, jak łatwo tu się zabić. Myślałem o innych sposobach. Pistolet? A skąd ja wezmę spluwę? Nie chciałem też, żeby rodzice znaleźli mnie w kałuży krwi, z odstrzelonym mózgiem.
Wtedy w gronie znajomych ktoś zupełnie przypadkiem wspomniał, że Golden Gate jest najlepszy dla samobójców.
- Oni nie wiedzieli, co ja planuję, a mnie oświeciło. Golden Gate! Oczywiście! - wspomina Hines.
Kevin przyjechał na most rankiem we wrześniu 2000 roku. Miał 19 lat. Dwa lata wcześniej stwierdzono u niego depresję maniakalną. Kilka tygodni przed skokiem samobójstwo popełnił ulubiony nauczyciel Kevina. Rzuciła go też dziewczyna.
- Słyszałem w głowie dziwne głosy mówiące, że powinienem się zabić. To był koszmar. Podjąłem decyzję. Rano uściskałem ojca i zamiast iść do szkoły wsiadłem do autobusu jadącego w stronę Golden Gate.
- Gdy dojechałem na most, zacząłem po nim chodzić w tę i z powrotem. Tak ze 40 minut. Mówiłem sobie: co ty robisz! Masz 19 lat i chcesz zginąć? Ale ten głos był silniejszy: Musisz się zabić, musisz się zabić Jak zdarta płyta.
Cały czas myślałem, że gdyby ktoś do mnie podszedł, spytał, co mi się stało, dlaczego płaczę, czy można mi pomóc, tobym nie skoczył.
Gdy miałem skakać, nagle usłyszałem, że ktoś coś do mnie mówi. Odwracam głowę, jakaś piękna blondynka, niemiecka turystka, uśmiecha się do mnie. To jakiś cud - pomyślałem. Poczułem nadzieję. Ale dwie sekundy później zrozumiałem, że ona po prostu pyta, czy zrobię jej zdjęcie. Wziąłem aparat, pstryknąłem, oddałem jej. Ona znów się uśmiechnęła, odwróciła i poszła. Na moje za-płakane oczy nie zwróciła uwagi. Pomyślałem: Fuck! Nikogo nie obchodzę. Dwie sekundy później wziąłem rozbieg i skoczyłem.
- Żałowałem tego ułamek sekundy po tym, jak puściłem tę barierkę. Dotarło do mnie, że wcale nie chcę umierać.
- Lot z mostu trwa 4-4,5 sekundy. Leciałem na początku głową w dół. Spróbowałem się obrócić tak, by uderzyć w wodę nogami.
Ludzie mówią dziś: to niemożliwe, że to wszystko zajęło ci tylko cztery sekundy. Ale cztery sekundy w takiej chwili to naprawdę dużo czasu.
Przeżyłem upadek. Na pewno mi pomogło, że w szkole grałem w football amerykański i trenowałem zapasy. Miałem silne mięśnie grzbietu i szyi, nie złamałem sobie karku.
Wpadłem kilka metrów pod wodę. Zacząłem machać rękami, by wypłynąć, walczyłem o życie jak zwierzę. Udało się, złapałem oddech, ale połamane kości nie pozwalały się ruszać. I zacząłem znowu tonąć. Wtedy poczułem, że coś ociera mi się o nogi. - Super! - pomyślałem. - Nie zabiłem się, skacząc z Golden Gate, to teraz pożre mnie rekin. Wiedziałem, że krwawię. Ale to nie był rekin, ale lew morski. Kilka razy podparł mi nogi, tylko dzięki temu utrzymałem się na powierzchni. Uratował mi życie. Dwie-trzy minuty później podpłynęła łódź straży przybrzeżnej i mnie wyciągnęła.

Gdy Kevin wciąż leżał w szpitalu w ciężkim stanie, przywieźli kolejnego skoczka z Golden Gate. Lekarze nie mogli uwierzyć, że dwóch ludzi w ciągu trzech dni przeżyło skok. Zwykle ratuje się przecież jedna, czasem dwie osoby rocznie. Czasem żadna.
- Ten chłopak miał jednak wszystko połamane, był sparaliżowany od pasa w dół. Wkrótce umarł. To mi pomogło w odmianie. Patrzyłem na niego i myślałem, że to przecież mogłem być ja...
Kevin wciąż się leczy. Chodzi regularnie do psychiatry, psychologa, bierze jedną pastylkę rano i osiem wieczorem. Wciąż ma fizykoterapię. Codziennie czuje potworne bóle w plecach, musi regularnie ćwiczyć z ciężarkami. - Ale żyję, człowieku, żyję! - powtarza mi kilka razy.
Pracuje też normalnie jako instruktor w szkolnej świetlicy. I działa w organizacjach zajmujących się prewencją samobójstw.
997...
Film zaczyna się sielskimi widokami. Golden Gate w pełnym słońcu. Turkusowa woda, spacerujący po moście roześmiani ludzie. W dole żaglówki, skutery wodne, windsurferzy. Wędkarze i mewy.
Nagle kamera wyłapuje w tłumie na moście pana w średnim wieku. Przechodzi przez barierkę i skacze. Wpada do wody i niknie w otchłani. Kilka sekund później po spienionej jeszcze od upadku wodzie przepływa pchany wiatrem facet na desce, który niczego nie zauważył. Robi ładny zwrot i odpływa w dal. Po skoczku nie ma śladu, powierzchnia wody jest już gładka.
To pierwsza scena z filmu dokumentalnego "The Bridge" ("Most"). Film ukazał się w Ameryce wiosną tego roku.
Jego twórcy na obu brzegach ustawili wymierzone w Golden Gate szerokokątne kamery. Dzień po dniu przez cały rok 2004 rejestrowali wszystko, co się dzieje. Na tysiącach godzin nagrań udało im się uchwycić 19 samobójczych skoków z mostu. W filmie pokazano 6 z nich. Spadające z mostu cienie robią na widzach wstrząsające wrażenie.
- Z mojego okna w Nowym Jorku widziałem już kiedyś coś takiego - opowiada mi twórca filmu Eric Steel. - Gdy 11 września 2001 roku patrzyłem na World Trade Center i na szybko spadające ciemne plamki ludzi, którzy skakali z okien, by uniknąć piekła spalenia się żywcem. Ludzie skaczący z Golden Gate też chcą uciec od jakiegoś piekła.
- Rocznie 38 tys. ludzi popełnia w Ameryce samobójstwo - opowiada Steel. - To dwa razy więcej niż liczba morderstw! A morderstwami zajmują się wszyscy, tworzone są wielkie rządowe i lokalne programy walki z przestępczością.
Steel uważa, że filmując samobójców, nie popełnił żadnego nadużycia. - Gdy tylko zobaczyliśmy, że ktoś wspina się na barierkę, natychmiast dzwoniliśmy na mostową policję.
- W sumie dzięki temu, że obserwowaliśmy most, uratowaliśmy przynajmniej sześć osób - mówi.
Steel trzymał całą operację filmowania w tajemnicy, bo bał się, że ludzie, usłyszawszy o filmie, będą chętniej się zabijali.
Te obawy nie były bezpodstawne. Gdy w 1995 roku liczba samobójców zaczęła zbliżać się do 1000, ludzie przyjeżdżali tu specjalnie, by się "wstrzelić" w historyczny numer. Jeden z radiowych didżejów zaoferował nawet nagrodę dla rodziny tysięcznego samobójcy. To wtedy władze przestały prowadzić oficjalną statystykę samobójstw na Golden Gate. Zatrzymano ją na liczbie 997...
Od tego czasu także lokalne media przestały podawać informacje o statystykach samobójczych, by nikogo nie prowokować. Liczono, że gdy o moście przestanie się mówić w kontekście samobójczym, liczba ofiar spadnie. Ale nie poskutkowało.
Drugiego dnia
Na skałach pod mostem ze świetnym widokiem na cały Golden Gate pracuje kilku malarzy. Są wśród nich studenci, którzy malują tu od kilku dni, są i weterani malujący most od lat. Chris Malroney maluje to od kilku tygodni. Przygotowuje dwa obrazy - most wieczorem i w dzień. Podobno w galeriach w centrum miasta, gdzie zakupy robią turyści, zbyt jest zapewniony.
Pytam, czy widział jakąś próbę samobójczą. Patrzy na mnie jak na wariata, że w to wątpię. - W zeszłym tygodniu - odpowiada. Okazuje się, że pierwszego samobójcę zobaczył drugiego dnia po przyjściu pod most. Nie wiedział, co robić, pobiegł na sam brzeg, krzyczał, by wezwać policję, ale koledzy, którzy pracują tu dłużej, uspokoili go. - Popracujesz tu, to się przyzwyczaisz - mówili.
- Mieli rację - mówi. O kolejnym samobójcy, pochłonięty malowaniem, zapomniał już po kilku minutach.
W filmie Steela jest opowiedziana podobna scena. Przejeżdżająca mostem kobieta zauważyła, że ktoś skoczył. Nie wiedząc, co robić, przyspieszyła i po kilku sekundach histerycznie krzyczy do zbierającej na końcu mostu opłaty kasjerki: - Ktoś tam skoczył! Przed chwilą! Widziałam! Zróbcie coś!
A kasjerka do niej z uspokajającym uśmiechem: - Honey, it happens all the time.
- Kochana, spokojnie, tu bez przerwy ktoś skacze...
Barierka
Powstrzymać skoczków z Golden Gate można by bardzo prosto. Wystarczy zamontować wyższą barierkę przy ciągnącym się przez cały most deptaku dla pieszych. Obecnie ma ona zaledwie 120 cm wysokości.
- To tak jakby w domu człowieka o skłonnościach samobójczych naładowany pistolet leżał bez przerwy na kuchennym stole - mówi o tak łatwej do pokonania barierce psychiatra z San Francisco dr Jerome Motto.
Golden Gate to nie pierwsza budowla, którą upodobali sobie samobójcy. Jednak w innych słynnych obiektach - wieża Eiffla w Paryżu, Empire State Building w Nowym Jorku, Bazylika św. Piotra w Rzymie, most Portowy w Sydney - po kolejnych próbach samobójczych po prostu zamontowano specjalne zabezpieczenia. I skoki skończyły się jak nożem uciął.
Dla Golden Gate były już setki projektów nowej barierki antysamobójczej - wysokich stalowych płotów, specjalnych linek, siatek, nawet barierek laserowych.
Wszystkie odrzucała rada zarządzająca mostem - motywując to brakiem pieniędzy, brakiem gwarancji, że nowe zabezpieczenia powstrzymają samobójców, i tym, że podwyższenie barierki zakłóci przepływy mas powietrza i wyważenie mostu, co może zagrozić jego stabilności.
Wśród mieszkańców San Francisco panuje przekonanie, że podwyższona barierka - albo jakieś podwieszone siatki - "zepsują estetykę" Golden Gate. Że ich most przez to straci część swego czaru.
W sondażach opinii publicznej przeciwko antysamobójczej barierze wypowiada się za każdym razem solidna większość 55-60 procent mieszkańców San Francisco.
Działacze organizacji zajmujących się prewencją samobójstw mówią o głęboko zakorzenionym w opinii publicznej przekonaniu, że samobójcy to po prostu "wariaci", których śmiercią nie ma się co przejmować.
Już przy pierwszej próbie przeforsowania idei bariery antysamobójczej w 1953 roku szef zarządzającej mostem rady Mervin Lewis powiedział: - Jeśli nie będą skakali u nas, to pójdą skoczyć z jakiegoś budynku i oprócz siebie mogą zabić jeszcze kogoś innego.
To najczęstszy argument przeciwników bariery: jeśli tu nie pozwolimy się im zabić, to przecież ci samobójcy po prostu pójdą gdzie indziej... Tyle tylko, że według naukowców jest odwrotnie. W 1978 roku dr Richard Seiden z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley opublikował badania przeprowadzone wśród 515 osób, które chciały się zabić na Golden Gate, ale zostały powstrzymane. Okazało się, że aż 94 procent z nich przeżyło potem wiele lat, ewentualnie zmarło śmiercią naturalną, i tylko 6 procent zdołało się zabić w inny sposób.
Dr Eve Meyer, psycholog: - Samobójstwa są najczęściej skutkiem impulsu, czasem spontanicznym odruchem. Gdy popełnienie samobójstwa staje się utrudnione, ludzie nie zmieniają po prostu metody na inną. Najczęściej to odkładają albo w ogóle rezygnują.
- Sprzeciw władz mostu wobec projektów podwyższenia barierki to taka forma eutanazji! - Kevin Hines nie powstrzymuje złości. - Swoją biernością pomagają osobom z problemami psychicznymi pozbawiać się życia.

Mgła
Gdy schodzimy z mostu z Kevinem, konstrukcja niemal cała pogrążona jest we mgle. Tak jest niemal codziennie.
- Ta mgła, człowieku... Mgła śmierci - mówi Kevin. - Dzięki niej skoczków nie widać z oddali. Maskuje spadające ofiary. Jakby most wstydził się tego, co tu się dzieje.

discoveryworld.com/wikipedia/mat. własne
|
Jesienne werble - o czym jest ta część..
|
Gdzieś bardzo blisko nawoływał ptak. Kilka czystych dźwięków, na które zaraz odpowiedziano, krótki szczebiot, a potem cisza. Niebo na zewnątrz wciąż było ciemne, ale gwiazdy powoli bledły. Wierciłam się bezsennie, byłam naga, przykryta jedynie lnianym prześcieradłem, lecz nawet teraz przed świtem, powietrze było gorące i ciężkie, a małe zagłębienie w którym leżałam było wilgotne. Usiłowałam spać, ale nie byłam w stanie. Nawet to, że się kochaliśmy, co w normalnych warunkach doprowadzało mnie do upojnego stanu miłego otępienia, tym razem pozostawiło mnie niespokojną. Podniecona i równocześnie zmartwiona możliwościami, które niosła ze sobą przyszłość, niezdolna do podzielenia się rozdartymi uczuciami, czułam się bardzo odległa od Jamiego, mimo bliskości naszych ciał. Znów się przekręciłam, tym razem w stronę Jamiego. Leżał w swojej zwykłej pozycji, na plecach, z prześcieradłem zwiniętym wokół bioder, z rękami splecionymi na brzuchu. Miał nieznacznie odwróconą głowę, we śnie jego twarz wyglądała na bardzo spokojną. Z zaspaną twarzą i ciemnymi długimi rzęsami, w przyćmionym świetle wyglądał jak czternastolatek. Miałam ochotę go dotknąć, choć nie byłam pewna czy chcę go pieścić czy szturchnąć. Mimo, że fizycznie nie miał ze mną kontaktu, to zabrał mi cały spokój umysłu, a ja irracjonalnie byłam zazdrosna, o to iż bez problemu jest w stanie wypoczywać. W końcu nic nie zrobiłam, a ledwie przewróciłam się na plecy i leżałam z zamkniętymi oczami, ponuro licząc barany - i stałam się szkocką owcą, pędzącą przez kościelny dziedziniec, przeskakującą z dziką radością przez nagrobki. 'Czy coś cię martwi, Angielko?' powiedział głęboki głos nad moimi ramionami. Gwałtownie otwarłam oczy. 'Nie', powiedziałam, usiłując mieć zaspany głos. 'Wszystko w porządku.' Rozległo się prychnięcie i szelest siennika. 'Jesteś okropną kłamczuchą, Angielko. Myślisz tak głośno, że cię stąd słyszę.' 'Nie możesz słyszeć ludzkich myśli!' 'A właśnie, że mogę. Przynajmniej twoje.' Zachichotał i wyciągnął rękę, która spoczęła leniwie na moim udzie. 'Co jest przyczyną - jakiś pikantny krab powoduje wzdęcie?' 'Nie!' Usiłowałam wyszarpnąć nogę, ale jego ręka przylgnęła niczym pijawka. 'No dobrze. Czy w takim razie - czy wymyśliłaś w końcu dowcipną ripostę na uwagi Wylie'go dotyczące ostryg?' 'Nie', powiedziała poirytowana. 'Jeśli koniecznie musisz wiedzieć rozmyślałam o ofercie, którą złożył ci gubernator Tryon. Puścisz moją nogę?' 'Ach', powiedział, nie puszczając, ale brzmiał już mniej sennie. 'Co do tego, to trochę się zastanawiałem.' 'I co o tym sądzisz?' Poddałam się, jeśli chodzi o uwolnienie się od jego ręki i obróciłam się na bok w jego kierunku. Za oknem było wciąż czarno, ale gwiazdy ledwie już było widać, wyblakłe w oczekiwaniu nadejścia świtu. 'Zastanawiałem się, dlaczego ją złożył.' 'Poważnie? Ale przecież ci powiedział dlaczego.' Wydał z siebie lekkie prychnięcie. 'Nie ofiaruje mi ziemi z powodu moich pięknych niebieskich oczu, tyle ci powiem.' Otwarł pytająco oczy i uniósł brew. 'Nim dobiję interesu, Angielko, chcę znać jego obie strony.' 'Myślisz, że nie mówił prawdy, o tym że Korona dokonuje darowizn, aby zasiedlić kraj? Ale on twierdził, że tak się dzieje już od trzydziestu lat', zaprotestowałam. 'Nie klamałby w takiej sprawie.' 'Nie, to jest prawda', zgodził się. 'Przynajmniej do tego momnetu. Ale pszczoły, które dają miód, mają też żądła, prawda?' Podrapał się po głowie i odgarnął spadające mu na twarz włosy, wzdychając. 'Zadaj sobie sama to pytanie, Angielko', powiedział. 'Dlaczego chodzi o mnie?' 'A więc - ponieważ chce wpływowego i poważanego dżentelmena' powiedziałam wolno. 'Potrzebuje dobrego przywódcy, a z pewnością kuzyn Edwin opisał cię jako takiego; majętnego człowieka ...' 'Którym nie jestem.' 'Ale on o tym nie wie', zaprotestowałam. 'Nie wie?' zapytał cynicznie. 'Kuzyn Edwin powie mu wszystko co wie - i gubernator wie doskonale, ze byłem Jacobitą. Prawda, jest kilku którzy na nowo odtworzyli swoje fortuny w Indiach po Powstaniu, i mógłbym być jednym z nikt, lecz nie ma powodów, żeby tak myśleć.' 'Wie, że masz trochę pieniędzy' zaznaczyłam. 'Z powodu Penzlera? Tak' poweidział w zamyśleniu. 'Co więcej może o mnie wiedzieć?' 'Tyle, ile mu powiedziałeś podczas obiadu, jak wierzę. A nie może wiedzieć więcej od kogokolwiek innego; poza tym jesteś w mieście krócej niż ... myślisz, że o to chodzi?' podniosłam głos nie dowierzając, a on się uśmiechnął nieco ponuro. Świt był wciąż daleko i jego rysy były nadal nieco zamzane. 'O to chodzi. Jestem spokrewniony z Cameronami, którzy nie tylko są zamożni, ale też mają poważanie w kolonii. Lecz równocześnie, jestem przybyszem, nie mającym tutaj praktycznie powiązań.' 'Z wyjątkiem może tych z gubernatorem, który ofiaruje ci spory kawałek ziemi', powiedziałam powoli. Nie od razu odpowiedział, tylko przekręcił się na plecy, wciąż trzymając uścisk na mojej nodze. Jego oczy wpatrywały się w zarysy białych gipsowych ozdób na suficie, girland i kupidynów. 'Znałem w swoim czasie jednego lub dwóch Niemców, Angielko', powiedział zadumany. Jego kciuk zaczął z wolna się poruszać, tam i z powrotem po delikatnej, wewnętrznej skórze mojego uda. 'Nie zauważyłem, żeby któryś z nich nie dbał o pieniądze, bez względu na to czy był Żydem czy aryjczykiem. I kiedy patrzyłem na ciebie, śliczną tego wieczoru niczym biała róża, jestem skłonny przypuszczać, że to twój czar sprawił, iż ten dżentelmen zaoferował mi więcej o sto funtów niż jubiler.' Spojrzał na mnie. 'Tryon jest żołnierzem. We mnie też rozpoznał żołnierza. A zeszłego roku było tu trochę problemów z Regulatorami.' Mój umysł był tak zaprzątnięty możliwościami, które właśnie zostały mi przedstawione, że prawie nie zwracałam uwagi na coraz większą poufałość, na którą pozwalała sobie ręka między moimi udami. 'Kto?' 'Och, zapomniałem, nie słuchałaś przecież większości rozmowy - będąc zajęta czeredą swoich wielbicieli.' Ten jeden raz odpuściłam chcąc dowiedzieć się czegoś od Regulatorach. Ci okazali się luźnym stowarzyszeniem osób, w większości pochodzącymi z rubieży kolonii, którzy występowali przeciwko temu co uważali za niesprawidliwe i niesłuszne - wcześniej i teraz bezprawne - działania części urzędników Korony, szeryfów, sędziów, poborców podatkowych i tak dalej. Czując, że ich skargi nie są właściwie rozpatrywane przez gubernatora i Zgromadzenie, wzieli sprawy we własne ręce. Napadano na szeryfów, sędziowie pokoju byli byli wywlekani z własnych domów przez motłoch i zmuszani do rezygnacji. Komitet Regulatorów napisał do gubernatora, błagając go, żeby zainteresował się niesprawiedliwościami, które dotykają ludzi i Tryon - człowiek akcji i dyplomacji, w odpowiedzi wymienił jednego lub dwóch najbardziej skorumpowanych szeryfów i wystosował oficjalny list do urzędników królewskich dotyczący efektów aresztowań. 'Stanhope mówił coś o Komitecie Bezpieczeństwa', powiedziałam zainteresowana. 'Brzmiało to jak coś całkiem świeżego.' 'Problem jest stłumiony ale nie rozwiązany', powiedział Jamie, wzruszając ramionami. 'Wilgotny proch może dymić przez długi czas, Angielko, ale jeśli się zapali, może spowodować wszechogarniający wybuch.' Czy Tryon byłby zainteresowany inwestycją, kupnem lojalności i zależności doświadczonego żołnierza, który sam miałby pod sobą lojalnych i posłusznych ludzi, osiadłych w odległych i problematycznych obszarach kolonii? W moich oczach taki pomysł byłby tanim projektem, wymagającym kilku setek funtów i kilka nędznych akrów królewskiej ziemi. Jego Wysokość zyskiwałby na tym dużo więcej. 'W takim razie rozważasz to.' Leżeliśmy zwróceni do siebie twarzami, a moja dłoń leżała na jego, bynajmniej nie starając się go powstrzymać. Uśmiechnął się z wolna. 'Od dawna nie wierzę już we wszystko co mi się powie, Angielko. Może więc podejmę miłą ofertę gubernatora, ale może też nie - ale muszę dowiedzieć się dużo więcej nim cokolwiek odpowiem.' 'To faktycznie trochę dziwne, że składa ci taką ofertę po tak krótkim czasie znajomości.' 'Byłbym bardzo zdziwiony dowiadując się, że jestem jedynym dżentelmenem, do którego w ten sposób by podchodził', powiedział Jamie. 'A poza tym nie ma w tym momencie za wielkiego ryzyka, nieprawdaż? Słyszałaś, jak mówiłem mu, że jestem katolikiem? Nie był zdziwiony, słysząc to.' 'Tak. Nie wydawał się również sądzić, by było to jakimś problemem.' 'Och, nie wydaje mi się by stanowiło to problem, tak długo jak gubernator nie zechce robić z tego problemu.' 'Mój Boże.' Moje zdanie o gubernatorze Tryonie gwałtownie zmieniło się, choć nie byłam pewna, czy na lepsze czy nie. 'W takim razie, o ile sprawy nie pójdą tak jakby sobie mógł tego życzyć, to mógłby sprawić, że stanie się powszechnie znane, iż jesteś katolikiem i sąd mógłby z tego powodu cofnąć nadanie. Podczas jeśli zdecyduje to zatrzymać dla siebie ...' 'I jeśli ja zdecyduje się postępować tak jak on by sobie tego życzył.' 'On jest bardziej przebiegły niż sądziłam', powiedziałam, nie bez podziwu. 'Prawdziwie po szkocku.' Roześmiał się z tego i odgarnął spadające na twarz włosy. Długie zasłony przy oknach, do tej pory luźno zwisające, nagle się wydęły pod wpływem podmuchu powietrza, który przyniósł zapach mułu, rzeki i sosen. Nadchodził świt, przyniesiony przez wiatr. Tak jakby to stanowiło sygnał, zacisnęła się dłoń Jamiego a w momencie, gdy chłód dotknął jego pleców, między nami przebiegł delikatny dreszcz. 'Sam nie do końca jestem pewien', powiedział cicho. 'Ale jeśli jesteś pewna, że na razie nie ma nic więcej co by cię męczyło ...' 'Nic' odpowiedziałam, obserwując wpadającą przez okno złotą poświatę, która oświetlała jego głowę i szyję. Jego usta wciąż wyglądały delikatnie, ale on sam nie wyglądał już na czternastolatka. 'Teraz już zupełnie nic.'
|
[MOC] Star 1142
|
Wiecie, że czasami brzydkie kaczątko, potrafi przeistoczyć się w pięknego łabędzia? Andersen pisał o tym już jakiś czas temu. Ja pisałem i zamieszczałem zdjęcia mostów do nowej trialówki O TU. Dziś już wszystko jest spięte do kupy. Pomiędzy mostami jest rama, na ramie spoczywa kabina i paka. A razem wygląda toto tak:

Kilka słów o oryginale: szerokość - 2380 mm długość - zależnie od zabudowy wysokość - 3300 mm rozstaw osi - 3900 mm
Tak to potrafi wyglądać:


A teraz może nieco o samej budowie i parametrach modelu.
szerokość - 24 kropki + 2 na błotniki w kabinie; można je błyskawicznie odpiąć, jeśli ktoś uzna, że łamię regulamin i nie mieszczę się w ustalonych 25 kropkach - długość - 64 kropki - rozstaw osi 38 kropek - napęd - dwa silniki PF XF - skręt - jeden silnik PF M - amortyzacja - stabilizatory - waga - 3000 - 3200 - zależnie od tego ile podepnę balastu, a mam aż cztery ciężarki lego po 50 gr każdy. - przełożenie napędu - 9:1 - przełożenie skrętu - 9:1 ze sprzęgłem - ilość użytych klocków - ok. 2500 - 3000 szt. - cena - oj tragicznie wielka

Model zacząłem budować niedługo po Kielcach. Dziś mijają ok. dwa miesiące z małym hakiem. Potrzebowałem niemal wszystkich klocków do jego budowy. Rama i mosty zbudowany są z nowych bezkropkowych belek, spięte jak się tylko dało, pod warunkiem, że nie zmniejszało to prześwitu. Kabina to niemal same zielone klocki, o które jest ciężko jak cholera. Musiałem kupić je u czterech różnych sprzedawców. Paka to czerwono-brązowy kolor, którego oczywiście też nie miałem i musiałem kupić, tym razem u dwóch handlarzy. Jak pewnie widzicie starałem się całą konstrukcję wygładzić jak się tylko dało. Paka pokryta jest ponad dwustoma kafelkami 2x2. Na pace znajdują się dwie beżowe skrzynie. W pierwotnej wersji, miały skrywać pudełko na baterie i silnik skrętu. Jednak gdy projekt komputerowy przekształcił się w żywy twór, okazało się, że paka musi być kilka płytek wyżej i wszystko się pod nią mieści. A skoro kupiłem beżowe klocki, to czemu ich nie wykorzystać? Przy okazji skrzynie dodają nieco uroku i ładnie rozjaśniają konstrukcję. Trzymają się one tylko na łańcuszkach, a pod spodem oczywiście wszystko jest wygładzone.

Rama była budowana sześć razy. Za każdym razem coś w niej strzelało. Dopiero piąta wersja była niezniszczalna. Niestety napęd stanowił tylko jeden silnik. Okazało się, że to nieco za mało dla takiej masy. Dawał radę ale strasznie się męczył no i podjazdy pod strome zbocza nie byłyby możliwe. Nauczony też ostatnim GP, że baterie nie lubią chłodu bo ich wydajność spada, uznałem, że potrzeba mi dwóch pudełek na baterie. Teraz umieszczone są z boków, a beczki przesunięte są do przodu. Wtedy wyglądał ładniej, ale teraz jest mordercą. Zdjęć po modyfikacji nie ma bo i po co. Jeśli będę chciał w dowolnym momencie mogę przełożyć pudełko znów pod pakę za tylną oś.

Teraz może zdradzę na kim się wzorowałem. Stabilizacja ramy oparta na pomyśle mahjqa. Przeniesienie napędu przez obrotnice to też chyba jego pomysł. Kabinę inspirował lomero swoim unistarem. Oczywiście jest tam sporo zmian, jak np. atrapa, inaczej zbudowane wybrzuszenie nad nią, inaczej dach, słupki, błotniki i pewno troszkę innych detali. Lusterka to też jego pomysł - myślałem, myślałem i w końcu doszedłem do tego co już on dawno wymyślił. Fotele inspirowane były fotelami z kraba V1. Oczywiście tu są większe ale pomysł w sumie ten sam. Paka jest w 100% mojego pomysłu. Lusterko w kabinie to też mój pomysł. Ja nie wyobrażam sobie jazdy bez tego pomocnika.

Na koniec się pochwalę, że jest to pierwszy w pełni modułowy pojazd mojego pomysłu. Wyjęcie silników, by np. go umyć, to ok. 5 minut pracy. Kabina trzyma się na czterech kołeczkach i błyskawicznie się odpina. Pakę wbija się na stare belki. Odłączenie mostów to po dwie minuty na każdy. Jestem z tego samochodu naprawdę zadowolony. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba, i w sumie liczę na komentarze.
PS. Zastanawiam się, jakie światła byłyby ładniejsze, może te prostokątne, ale postawiłem na okrągłe. Jakoś tak mnie zaciekawiła przeźroczystość :-). Oczywiście star ten miał i takie, i takie światła, a zmienić to to kwestia chwili.
A tak to jeździ. Niestety film jest krótki i nie pokazuje pełni możliwości stara. Podczas nagrania w parku z zimna umarły mi baterie w aparacie, oczywiście po powrocie do domu działały w najlepsze. Ciepłolubne cholery...
>>>>> GALERIA <<<<<
|
| |
|
|